Środa.
Pobudka, a jakże, przed piątą. Szybkie śniadanie, upakowanie rzeczy do motocykla i w drogę. Wyjazd około 6:00. Kontrola prognozy pogody - rano temperatura 6C, odczuwalna 3C.
Zaczyna się.
Plan na dziś to Tallin. Droga prosta, sprawnie nam szło. Zdziwiłem się jak wiele grup motocyklistów jechało z naprzeciwka. My, tworząc grupę pięciu motocyklistów też byliśmy zauważani. I to nie tylko przez innych motocyklistów. Velorex wszędzie wzbudza zainteresowanie.
Postanowiliśmy po drodze odwiedzić Muzeum morskie w Tallinie. Konia z rzędem temu, kto połapie się, czy należy płacić za motocykle z strefie płatnego parkowania w centrum. Nawet lokalsi nie wiedzieli, obsługa muzeum również. Informacji żadnej. Na szczęście, muzeum ma o wiele ciekawszą ekspozycję w porcie, gdzie posiada własny parking w cenie biletu. To wiedzieli w muzeum, ale dokładny adres, to już nie koniecznie. Musieliśmy to sami ustalić już w porcie. I okazało się, że to około 500m od adresu który dostaliśmy.
A muzeum? Warte swojej ceny. Można w nim zobaczyć wiele wojskowych eksponatów morskich, w tym okręt podwodny, również w środku. Wiele lat po wyciągnięciu z wody, w suchym hangarze, a wciąż czuć specyficzny zapach słonej wody, rdzy i smarów. Ma swój urok.
Na zewnątrz można zwiedzić inne okręty, które są (jeszcze) zwodowane.
Zdecydowanie polecamy to muzeum.
Później zajechaliśmy na nocleg. Tylko pół godziny zajęło nam pozyskanie kodu wejściowego do budynku, szybciej poszło z kluczem do pokoju. I nie wiem, czy to wina zmęczenia że nie zauważyliśmy do w mailu, czy też go nie dostaliśmy na czas.
Tak czy inaczej, szybka przebierka i uberem do centrum.
Tu również było co zobaczyć, bo to bardzo ładna starówka. Również godna polecenia. Tak więc, jak będziecie jechać kiedyś w te rejony, warto zwiedzić Tallin.
Dziś skromne 263km.
Co innego chłopaki. Cztery kraje, dwie strefy czasowe. Jetlag my zgarnęliśmy, a oni po pokonaniu 690km muszą wyglądać kwitnąco. I wyglądają.
Wczoraj Wiesio narzekał, że wczoraj nic ciekawego po drodze było. Wspominałem też coś o głodnych polakach. I sami sobie zafundowali atrakcje. A w zasadzie dwie, w odstępie 2 minut.
Po drodze, w tej samej knajpie w okolicach Poniewieża postanowili zjeść cepeliny. Knajpa ta, jak nie pamiętasz dokładnie w którym jest miejscu, to wyłania się znienacka. I tak było tym razem. Robert zauważył w ostatniej chwili i nie chcąc uderzyć w znak separujący kierunki jazdy gwałtownie zahamował i odbił w prawo tuż za znakiem. Niestety było tam z górki i choć to chłop rosły, to przyrostu nóg zabrakło. I wyłożył się na prawą stronę. Wiesiek zaś dzielnie mu towarzyszył optycznie, bo stał na zjeździe i nie miał jak zostawić motocykla. Robert musiał sobie poradzić sam.
Chwilę później już na parkingu okazało się, że pole-dance tudzież balet, to nie jego bajka bo nie był w stanie wystarczająco wysoko unieść nogi i ... zsiadając z motocykla pociągnął go za sobą.
Gleba symetryczna. Tym razem Wiesiek już czuwał i pomógł targnąć Cezetę. Strat w sprzęcie na szczęście nie było, ucierpiała duma.
A na deser zafundowaliśmy im wycieczkę po Tallinie, bo nie dostali adresu noclegu na czas, bo messenger jakoś nie bardzo sobie z tym poradził. Tak więc zwiedzali Tallin z kanapy motocykla. Zastanawialiśmy się, czy nie zafundować im noclegu w porcie w oczekiwaniu na prom, ale litość wzięła górę i tenże adres dostali.
Bilety na prom kupione. Wypływamy o 6:00, pobudka zatem tradycyjnie, o 4:30. I to są wakacje?
Lista awarii:
Xaff: a tak dla odmiany, dziś bez awarii, pręt tłucze się o wysprzęglik, naprawa zaplanowana na jutro.
Elkinio: coś się gdzieś poci, bo pojawiła się mała plamka oleju. Jeździć obserwować.
ps. Jedno zdjęcie zatytułowane jest "Jaki Titanic, taki DiCaprio".