22 maja, piątek.
Pobudka standardowo przed 7:00. Szybkie śniadanie, oczywiście dwu daniowe - kawa i konserwa. Sprawnie zapakwaliśmy się i w drogę. Przed nami kolejny ambitny dzień, bo jakże inaczej. O poranku tylko malutki serwis lusterek u mnie, bo się namiętnie odkręcają i oczywiście omówienie dnia.
Dziś mamy do zwiedzenia miasteczko Gjirokastra, będące na liście UNESCO, Sarandę, jakiś wielki bunkier i Vlorę. Ambitnie, no bo jak inaczej?
Gdy ruszamy, to jest jeszcze chłodno, choć słońce już całkiem ładnie świeci.
Droga wiedzie w górę i w dół, i tak cały czas. Jazda tak niestabilnymi motocyklami jest dużym wyzwaniem - uprzedzę nieco rozwój wypadków i powiem, że podczas wieczornej rozmowy doszliśmy do wniosku, że Transalpina jest dla amatorów. o może jest najwyżej położoną drogą w Rumunia, ale uwierzcie mi, jak szukacie adrenaliny, to polecam drogi Albanii. Asfalt równy, ale to zakręt wciska się w zakręt.
Dojechaliśmy do Gjirokastra i tam zaczęły się schody. Znaczy schody w motocyklowym ujęciu., Podjazdy i zjazdy tak ostre, że ledwo na jedynce dało się podjechać. A to jeszcze nie było najgorsze. W pewnym momencie nawigacja pokierowała nas na starówkę. Starówkę w ujęciu miasta na górzystym wybrzeżu. Musieliśmy zjechać w dół po kamieniach, a samo skrzyżowanie miało taki profil, że zastanawiałem się, czy Krzysiek nie wywali się na bok, ba czy nie zacznie po prostu spadać. Zjazd, to było przypomnienie sobie wszystkich świętych. Każdego wyznania.
Za to samo miasto całkiem ładne. Gdzieś Krzysiek wyczaił bunkier w skale i poszliśmy go zdobyć. Zdobycie to całkiem dobre słowo, bo droga była po górę, ledwo widoczna, zaś sam bunkier był wydrążony w skale. W Albanii widać minioną epokę na każdym kroku. Czasem bardzo zaskakującym.
Po tych mniej oczywistych atrakcjach zwiedziliśmy tutejszy zamek. Całkiem spory, oczywiście na górce. I teraz spróbujcie zwiedzać miasto, miasto na wzgórzu, w 27C, w stroju motocyklowym. Wyzwanie, a jakże. Daliśmy radę, bo nikt nam nie powiedział, że to nie ma sensu. Nikt.
I schłodzeni kawą z lodem wyruszyliśmy dalej. Ku Sarandzie. Droga, a jakże przez góry. Nasze maszyny zniosły top całkiem dzielnie, choć my odczuliśmy trudy wachlowania biegami. Zjechaliśmy kilometr w dół, nad samo morze. I tu kolejny problem - gdzie zaparkować. Nie ma miejsca, a sezon jeszcze się na zaczął.
Stanęliśmy więc nad wybrzeżem przy knajpie. A że to już pora obiadowa była, to coś weszło na ruszt. Niestety nic lokalne, a międzynarodowa pizza. Oczywiście, aby posiłek z=smakował lepiej, to trzeba było go uczcić drobną naprawą. Tym razem była to sprężyna dźwigni startera w Velo. Mała rzecz, a jakże potrzebna.
I znowu w drogę, ku ostatnim atrakcjom, czyli wielkiemu bunkrowi na drodze do Vlora.
I kolejny raz Albania przebiła Rumunię. I nie chodzi tu o bądźmy szczerzy idiotyczne ograniczenia prędkości do 30 km/h, ba, nawet do 20km/h w szczerym polu, a o kuriozalne 5 km/h, gdzie nawet pieszy musi zwolnić by nie dostać mandatu.
No dobra, ograniczenia ograniczeniami, ale droga tak nas zmogła, że w pewnym, momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie wrócić i wybrać innej. Alternatywy jednak nie było. Pozostało tylko jechać dalej. I to było w pewnym monecie niemożliwe, bo przy lokalnej budowie ciężarówki z kamieniami ciągnęły w górę tak wolno, że nawet na jedynce nie byliśmy w stanie jechać za nimi. I dlatego też padnięci, wkurzeni i po prosu zmęczeni odpuściliśmy sobie ten bunkier. Pojechaliśmy dołem, 6 kilometrowym tunelem wprost do Vlory.
Tuż przed nią zatrzymaliśmy się na mały serwis, bo od ciągłego wachlowania biegami u Krzyśka padła sprężyna od sprzęgła. Mały, szybki serwis z Wiesiem, a ja z Robertem skoczyliśmy na zakupy do pobliskiego sklepiku. I tu zaskoczenie, nie dość, że dało się zapłacić kartą, co jest cholernie trudne w Albanii, to jeszcze przywitało nas … polskie disco-polo. Szok. Wieś w zasadzie zabita dechami i ludzie słuchają naszej muzy.
Vlora poza dużym ruchem przywitała nas cudowną aleją palmową wzdłuż wybrzeża. Co prawda zdjęć nie mamy, ale możecie wybrać się tam sami, to tylko tydzień jazdy knedlem. Słowem całkiem blisko.
Nie zwiedzaliśmy Vlory, bo byliśmy zmęczeni i chciało nam się po prosu odpocząć. Pojechaliśmy dalej na zaplanowany nocleg. Tym razem to kemping, całkiem fajny z obsługą mówiącą nawet komunikatywnie (jak na potrzeby tego typu biznesu) po polsku. Zamiast namiotów daliśmy się namówić na domki. Zawsze to wygodniej.
Żadnego zdziwienia po naszej stronie nie było, czego nie można powiedzieć o obsłudze i gościach, gdy zobaczyli czym przyjechaliśmy. My zaś zdziwiliśmy się dwu krotnie. Raz, bo w domku obok nocuje francuska, Mileni, która przyjechała rowerem z Włoch, a dwa, bo kawałek dalej są Niemcy, którzy przyjechali W116 ambulansem przerobionym na karawan.
Taki kemping to zbiór ludzi z całej Europy, z Polski również, i nie mam tu na myśli tylko nas. My sobie rozmawialiśmy, a Wiesio, jak to Wiesio, nic nikomu nie mówiąc rozkręcił gaźnik, bo mu się przycina. Na szczęcie zorientowałem się w porę i uchwyciłem go podczas tej niecnej, ukrytej naprawy.
Trasa: 253km
Awarie:
Daniel - lusterka
Krzysiek - sprężyna startera ręcznego i sprężyna sprzęgła.