Wolna Strefa Jawa - CZ

  • Kwietnia 20, 2026, 08:14:43
  • Witamy, Gość
Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukanie zaawansowane  

Autor Wątek: Opowiadanie  (Przeczytany 4662 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

albiNOS

  • Jawer
  • ***
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 152
  • Kia Sorento, , Audi A4, Swift Coastline, Romet M1
Opowiadanie
« dnia: Maja 01, 2012, 00:03:52 »

Pozwolę sobie na małe bujanko w obłokach. Może komuś się spodoba. Oceniajcie, zarówno treść merytoryczną jak i styl. Przedstawiam Wam pierwszych kilka stron pisanej  przeze mnie powieści. Nie ma to być coś poważnego, to komedio-parodia która z założenia rozkręca sie kilka stron dalej ale... całej Wam nie pokażę, przynajmniej na razie. Czekam na Wasze opinie.


             
 
    Motorynka
 
Współczesność
 
 
 
 
Alan przez chwilę bał się do niego podejść, jakby to coś miało go za chwilę pożreć. nie mógł uwierzyć własnym oczom widząc to, co przed nim stało.
- Rany! Boss Hoss to przy nim komarek! – nie mógł oderwać oczu od tego, co trudno było mu umieścić w jakiejkolwiek kategorii.
- W rzeczy samej – przytakną właściciel potwora – w rzeczy samej.
- Długo nad tym siedziałeś? – A wiedział, jaka jest odpowiedź, bo na pewno nie krótko. Grubo ponad 20 lat temu widział coś podobnie wielkiego. Tyle, że wtedy ten przeogromny obiekt nie miał kół. Był wtedy dzieciakiem. Na pobliskim poligonie wychowywał się z kolegami zbierając łuski od AK MS-a, czasem trafiały się nawet całe ślepe naboje, czasem łuski od PKM-a. Zaprzyjaźnili się pewnego dnia z żołnierzami z tak zwanej wieży. Zawsze myślał, że ich pogonią, jeśli zostaną dorwani gdzieś na poligonie. Żołnierze jednak woleli zarabiać na sprzedaży taniej ropy rolnikom. Właśnie w tych okolicznościach poznali Wacka, tak nazywali go wszyscy, choć prawdziwe imię miał inne. Wacek mieszkał na wieży, był żołnierzem, starszym szeregowym. Właśnie ten stopień ze słowem,, starszy” był dla dzieciaków najważniejszy, też chcieli być żołnierzami starszymi szeregowymi i nie jakimiś sierżantami czy porucznikami, chcieli być tacy jak Wacek, starszy szeregowy. Gdy pierwszy raz weszli do wieży było ciemno, ale wydawało się, że jest tam bardzo miło i przytulnie. Chłopaki mieli tam zajebiście. Nikt im dupy nie zawracał. Robili co chcieli, całymi dniami tylko picie i seriale. Oficer dyżurny, jeśli się pojawił to tylko po 20 zaraz po przyjęciu służby by potem mieć wszystkie kontrole z bani. Zwykle w książce wydarzeń wpisywał się dwa razy przy jednej wizycie, wtedy było pewne, że już nie przyjedzie. Na górze spali chłopaki, mieli tam swoje wozy i standardową trzodę. Nie miał kto sprzątać no, ale młodym kaskom to miejsce nie podjeżdżało. Służba tam z falowego punktu widzenia popaliłaby każdego z rudą kitą. I Krzychu też tam chodził, ale nie po to by popijać jabcoki, które sami donosili żołnierzom a bardzo interesowały go czołgi i wszelkie inne wielgachne maszyny. Potrafił godzinami siedzieć na sali dydaktycznej i przyglądać się w wielki dwunastocylindrowy silnik od czołgu. Była to zepsuta maszyna, z której zrobiono przekrój służący do nauki jego mechanicznej anatomii. Alan też czasem tam zachodził. Pamięta dokładnie te przeogromne tłoki, cylindry o pojemności trzech litrów każdy, potencjał dziewięciuset koni, i trzydzieści sześć litrów pojemności skokowej. Gdy tylko byli tam razem Krzychu mocno to przeżywając starał się przekazać całą swoją wiedzę zwłaszcza na temat tego silnika. Ale były tam też inne podzespoły, przeogromna skrzynia biegów, filtr powietrza większy od maluchowskiego silnika, rozrusznik o mocy ponad dwudziestu koni. Wszystkie znajdujące się tam przekroje-eksponaty robiły piorunujące wrażenie nawet na samych żołnierzach a co dopiero na dzieciakach.
Teraz Alan oglądał podobną maszynę tyle, że działającą. Tak myślał, że ona działa. Puste wydechy z nierdzewnej lub chromowanej stali, (czego tylko się domyślał). Na samą myśl o głosie, jaki ten potwór mógł generować ciarki mu przechodziły. Czołg bez tłumika! Nie to był czołgo- motocykl? Jak to nazwać? Jak to jeździ? Aż bał się zapytać.
- Sześć lat – zabrzmiało
- Co?
- No pytałeś ile lat go robiłem, niecałe sześć lat.
- No to, żeś dał po robocie! A jak to jeździ?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- No nie pierdol, pierdolisz, poważnie? – nastąpiła chwila bez słów.
- Szczerze? – z lekkim zawstydzeniem odezwał się Krzychu – Bałem się.
- Pierdolisz? Poważnie? No jak to?
- Chodź pokaże Ci jak chodzi.
Krzysiek podszedł do potwora, dotkną lewą ręką zbiornika paliwa
- A ile to kopci?
- A skąd mnie wiedzieć? Samo odpalenie zimnego to strasznie dużo zachodu
- No właśnie! Pewnie zeżre ci cały zbiornik na jedno uruchomienie?
- Jak ciepły jest to nie, ale zimny trzeba grzać spiralą, taką podłączaną do gniazdka.
Krzysiek pokazał niewielką wtyczkę w okolicy przeogromnej chłodnicy. To wyglądało jak zwijany przewód od odkurzacza. I właśnie z odkurzacza ta część pochodziła. Krzysiek pociągną za przewód i podpiął go do gniazdka. Przestawił jakiś włącznik w okolicy zegarów coś stuknęło, po czym oznajmił
- Musimy poczekać trochę minut nim spirala nagrzeje płyn chłodzący i olej w silniku, a dokładnie w zbiorniku olejowym.
- To mało praktyczne.
- A widzisz tu bagażnik? Ten motorek nie powstał by być praktyczny a po to by być największy. By gazety o nim pisały i by robił zakurwiście wielkie wrażenie. Ktoś, kto widział amerykańskiego Boss Hossa myśli, że to największy motocykl świata. Ale nie wie, że jest coś z silnikiem siedem razy większym. Choć usiądziemy, nim ten się nagrzeje opowiem Ci jego historię.
Usiedli na kanapie w pobliżu ściany, w której mieściło się gniazdo z podłączonym przewodem „odkurzaczowskim” Kanapa niby była stara, ale jak na warsztatowe warunki wyjątkowo wygodna i elegancka, w końcu była ze skóry tylko z lekkimi śladami zużycia.
Zapisane

albiNOS

  • Jawer
  • ***
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 152
  • Kia Sorento, , Audi A4, Swift Coastline, Romet M1
Odp: Opowiadanie cd...
« Odpowiedź #1 dnia: Maja 01, 2012, 00:04:32 »


-Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy chodziliśmy na wieżę. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zrobię coś tak szalonego, ale ten silnik od czołgu robił na mnie, zresztą robi do dzisiaj przeogromne wrażenie. Byłem w wojsku, ale nie jako czołgista, ale w Tomaszowie no, ale... to zresztą wiesz. Któregoś dnia wracając na przepustkę kupiłem ,,świat motocykli” znasz tą gazetę. Zawsze ją czytam. Tam znalazłem artykuł na temat Boss Hossa, wielki motocykl z wielkim silnikiem chevroleta. Opisywali różne wersje, damska miała,,tylko” trzy litry pojemności i „tylko” 210 kucyków. Wyobrażasz sobie? A największy dla menów miał chyba z 8 litrów pojemności, choć tego to dokładnie nie pamiętam i u waga... 520 koni. Pisali, że jazda tym czymś, że nie da się porównać jego elastyczności z żadnym pojazdem, że osiągi? znaczy się konkretnie prędkość maksymalna zależy od odwagi kierowcy. No byłem w szoku. Chciałem mieć coś podobnego. Któregoś razu przypomniał mi się tamten silnik z wieży. 920 koni mechanicznych, 36 litrów pojemności dwanaście cylindrów i napęd rozrządu wałkiem królewskim. Ale wtedy tak tylko sobie rozmyślałem i nic więcej, by do takiego silnika dorobić koła. No tam parę jeszcze innych drobiazgów, ale rama? Przecież silnik byłby zajebistą ramą. Jakiś czas później, gdy już dawno miałem wojsko z bani, dowiedziałem się, że w Mołtajnach mają czołg, którym ugniatają kiszonkę, taki ciągnik gąsienicowy sobie urządzili. No myślałem, że to plotka a i jeszcze dowiedziałem się, że juz dawno go nie używają, i stoi gdzieś tam w tym PGR-e zapomniany i niesprawny. Pojechałem tam. Rozmawiałem z prezesem, który powiedział, że owszem mają czołg, ale niema on wieżyczki, jego eksploatacja jest nieopłacalna i wkrótce go ze złomują. Nie mogłem w to uwierzyć. Dyrektor obiecał, że jeżeli znajdzie czas to mi go pokaże. Powiedziałem, że chętnie go odkupie. Miał zdziwioną minę. Ale czołgu mi palant nie pokazał.
- No i co? co dalej? – Alan słuchał jak zaczarowany.
Zostawiłem swój numer, czekałem, zawracałem im dupę aż w końcu zadzwoniła jakaś babka mówiąc, czy dalej jestem zainteresowany kupnem tego czołgu. No i kupiłem go za dwadzieścia milionów na stare, czyli teraz dwa tyśki. Wtedy duży fiat kosztował, znaczy taki używany 30 milionów. Kto by teraz dal za fiata tyle, no nie istotne. Wypatroszyłem go no a pancerz zezłomowałem. Chodziło o transport, za dowiezienie silnika i takich tam części zapłacili ci ze złomu w zamian za pancerz, znaczy całą skorupę. Czy to im się opłacało? Pewnie nie, ale błagałem ich niemiłosiernie no i zgodzili się, ale za dopłatą. Gdy już miałem silnik (fachowo to typ W-2-34) i podzespoły dopiero zaczęły się schody. Pierwsze oględziny i demontaż silnika. Nie był on w opłakanym stanie, ale jako nowy nie można było go potraktować. Rozebraliśmy go do ostatniej śrubki. Wszystkie części na stół i dalsza analiza zdjęcia mierzenie ważenie no i oczywiście mycie, znaczy się mycie w pierwszej kolejności. Olej był jak smoła, no nie istotne. Doszedłem jednak, że kadłub mimo, że wykonany z aluminium jest za ciężki. Miałem znajomego, znaczy się mam dalej kolegę, który jest inżynierem w odlewni i nieśmiało zapytałem się czy dałoby się wykonać parę części z aluminium. Gdy dowiedział się, o jakie drobiazgi chodzi tylko pokręcił głową i z lekkim uśmiechem kazał mi wykonać modele. Tak, więc zrobiłem. Ile ja się przy tym na kombinowałem. A ile razy spieprzyłem sprawę, ale w końcu udało się, znalazłem sposób. No w końcu też jestem inżynierem. W ruch poszły pirackie autokady patramy i inne programy do projektowania. Metody elementów skończonych i takie tam, no czarna magia dla niektórych. Zdjąłem z kadłuba i głowicy ogromną ilość form żywicznych, oraz w dokładniejszych rejonach, gipsowych. Niektóre nie miały ujemnych kątów, mimo, że miały mieć na pierwszy rzut oka. Formy trzeba było dzielić na kilka części. Potem trzeba było je po dopasowywać, prawie każda nie idealnie przylegała do sąsiedniej. W końcu poszedł w ruch wosk oraz sprasowany piasek ze specjalną żywicą. Niezliczone kombinacje, uszczelnianie, czekanie aż wystygnie no i zdejmowanie kopyta. Potem ręczna aczkolwiek miła i przyjemna obróbka wosku. Dorabianie niektórych profili, kanałów lewnych czy jak one tam się fachowo zwą i takich tam. W końcu powstały modele w rzeczywistej skali, no minimalnie większe ze względu na rozszerzalność cieplną aluminium. Był to kadłub, głowica, obudowa sprzęgła i skrzynki biegów.
- To zaraz? Z wosku? No nie rozumiem?
- Aj rozumiem, że nie słyszałeś o odlewaniu metodą wosku traconego oraz formy piaskowe.
- No nie bardzo.
- Robi się z wosku jakiś model poczym umieszcza się go w płynnym gipsie a jak wyschnie to zalewa roztopionym na przykład aluminium. Podobnie jest z formą piaskową, forma wykonana ze sklejonego mocno ubitego piasku, to akurat przy większych elementach takich jak blok silnika czy głowice. Oczywiście należy zadbać o brak bąbli, ale to już wyższa szkoła jazdy, którą zajęli się profesjonaliści z odlewni. No i odebrałem piękne odlewy. Niestety, nie było opcji, że teraz silnik poskładam i będzie działał. W ruch poszły szlifierki, frezarki wiertarki, tokarki, i parę jeszcze innych fajowych maszyn. Trzeba było wykonać tuleje cylindrowe a było ich 12, i tu też w ruch poszło aluminium. To akurat zleciliśmy firmie tuningowej, która tak naprawdę sama znalazła podwykonawcę, po czym wnętrze cylindrów zostało pokryte warstwą ceramiczną. Od zewnątrz, na tulejach wykonano żeberka dla poprawy chłodzenia raczej rzadko spotykany zabieg, ale tu potrzebny dla zmniejszenia pojemności układu chłodzenia oraz…. szybszego nagrzewania się silnika, przynajmniej tak myślałem. No i rzecz niespotykaną, i oporową spiralę grzewczą dla ułatwienia rozruchu, właśnie w tych żeberkach a raczej między nimi. Żebra miały kształt gwintu, na tokarce wykonanego. Chciałem zrobić grzałkę indukcyjną dla oszczędności prądu i możliwości skorzystania z energii akumulatora ale przypomniałem sobie, że to przecież aluminium. Poza tym musiałbym wstawić jakiś falownik wysoko prądowy. Motor nie waży 40 ton wiec nie będąc tak mocno obciążony termicznie, chłodnica nie będzie musiała być tak wielka jak w czołgu. Ale i tak zależało mi na porządnym oddawaniu ciepła przy niższej masie układu chłodzenia i stąd te żeberka na tulejach cylindrowych. No niby wszystko już mogło do siebie pasować, ale pomyślałem. Skoro odlewy mam funkiel nówki i to o kilkaset kilo lżejsze od pierwowzorów, to czemu by nie bebechy. I znowu poszły zlecenia do firm tuningowych. A ile peelenów mnie to kosztowało to przestałem liczyć by się nie przerazić. Kute tłoki ROSS, tytanowe korbowody Corillo i przeogromny wał korbowy. Wał akurat był wyfrezowany z wcześniej wykutego stalowego walca. Nie mało to wszystko kosztowało, ale było bez porównania lepsze jakościowo od pamiętającego czasy wojny oryginału. W sumie to zastanawiam się czy wytrzymałościowo nie zostało to przesilone. Ponoć silnik gdyby został skonstruowany w konfiguracji na zapłon iskrowy z dużą sprężarką Rodos’a, moc mogłaby być niedorzecznie wysoka. 8 tysięcy koni w hamerykańskim  dragsterze klasy top fuel to by mógłby być do niego rozrusznikiem. No może trochę przesadziłem ale obliczyli, że dało by się wyciągnąć teoretycznie z benzyniaka jakieś czterdzieści tysięcy koni. Wydaje się nie możliwe? No owszem, taki silnik mógłby chodzić tylko kilka sekund na pełnym obciążeniu. Potem by pewnie wybuchł i spaliłby wcześniej niewyobrażalne ilości benzyny. Ale przez chwile dał by radę! Ja jednak wolałem zastosować się choć częściowo do założeń oryginału, diesel ma większą sprawność więc i stosunkowo niewielki zbiornik paliwa na dłużej starczy. Absolutnie nie mam tu na myśli jakiejkolwiek ekonomiczności. Kontynuując temat budowy silnika. Było potem wyważanie i kolejny warsztat, kolejne zdziwienie mechaników, ale mieli robić i pytań nie zadawać. Trzeba było też poszukać odpowiednich sprężyn zaworowych i samych zaworów. A i o najważniejszym byłbym zapomniał. Patent z Hondy S2000, wzmocnienie bloku silnika włóknem węglowym, po odleżeniu ścianek przez frezowanie. Na to wpadłem już po wykonaniu odlewów, ale było to konieczne, nie mogłem pozwolić na zbyt duży ciężar, koniec w końcu w motocyklu. To akurat zrobiła firma szkutnicza ,,i czarter’’ z Pierkunowa. Tu również w ruch poszedł tytan, choć tak naprawdę nie chodziło o zmniejszenie masy ruchomych elementów rozrządu a bardziej zależało mi na ich żywotności i odporności termicznej. Oczywiście w benzyniaku byłoby to bardziej uzasadnione ekonomicznie. Wiadomo, że są one bardziej obciążone ciepłem. Trzeba było też zamówić u Świątka specjalne utwardzane wałki rozrządu, które zostały wykonane ze stali. Kolektor ssący sam wydłubałem no i wydech z kwasóweczki i dwie turbinki. Czekając na wiele różnych części musiałem zająć się dalszą częścią całej konstrukcji. Jeszcze nie było ramy a już miałem koła. Przednie kupiłem od gościa, który sam je sobie wyfrezował chcąc zamontować w swoim domowej roboty jednośladowym niby dragsterze na bazie hajabuzy. Stwierdził, że jednak trochę przesadził. Wyszło mu ono nieco za ciężkie i zbyt duże. Dla mnie idealne na koniec przednich widełek. Tylne koło sam wykonałem gdyż jak widzisz w jego wnętrzu mamy wielką przekładnie z traktora JOHN DEERE. Planetarny mechanizm z reduktora tego ciągnika. Dwa biegi bez konieczności użycia sprzęgła hydrokinetycznego mojego projektu. Jest wystarczające jak na tę moc, a tak naprawdę moment obrotowy. Gdyby nie ono, czyli to, że jest hydrokinetyczne przy tych przełożeniach na biegu jałowym jechałbym od razu 100km/h a przecież wolniej też czasem trzeba jeździć.
- Nie bardzo rozumiem.
- Po prostu sprzęgło lekko się śliza i całej mocy nie przenosi poniżej stówy. To samo dzieje się na dwójce, w obu sytuacjach dzieje się tak przy niewiele odkręconej manetce gazu. Ponadto zastosowanie sprzęgła które może się bez niszczenia ślizgać umożliwia mi ruszanie na dragstripie z hamulca na puszczonym sprzęgle. Nie mam jeszcze zamontowanej, że tak powiem procedury startowej ale… w przyszłości to zrobię, ale muszę najpierw nauczyć się tym jeździć. Myślałem, że rama nie będzie potrzebna, ale stwierdziłem, że nie ma, co ryzykować połamania silnika. Więc jest on, silnik znaczy, w tym wypadku elementem nie tylko napędowym, ale i po części nośnym. Z ramą też łatwo nie było. Musiałem znaleźć sposób by jej nieprzekosić choćby o milimetr. Wiesz, z jednej strony zacznę spawać, spaw wystygnie powstaną naprężenia, wezmę się za drugą stronę i mamy już dwuśladowca. No nie było wyjścia, najpierw trzeba było wyspawać tzw. Ramę ramy, czyli przyrząd do jej kalibracji. Wykonany na bazie dwóch połączonych szyn kolejowych, regulowanego pręta ze stożkami do ustawienia główki ramy oraz inne drobiazgi do ustalenia silnika, mocowania tylnego wahacza itp. Kurewsko ciężka konstrukcja a wszystko tylko po to by raz jej użyć i po to by główka ramy dobrze zgrywała się z tylnym wahaczem. No i wspomniany wahacz. Do tego łożyska w główce ramy od dziecięcej karuzeli i pancerne łożyska z wrzeciona jakiejś tokarki zamontowane w mocowaniu wahacza. Pokusiłem się nawet o porządne ich uszczelnienie i zbudowanie ciśnieniowego systemu smarowania. Ciśnienie nie wielkie, ale zawsze w czasie pracy silnika krąży olejek przekładniowy naturalnie. Proste rozwiązanie, wystarczyła pompa od wspomagania wprost z Matiza. Sam musiałem wykonać przednie półki i golenie oraz zaprojektować i zbudować system zawieszenia. Tutaj wzorowałem się na rozwiązaniach BMW i ich pneumatycznych sprężynach, które działają także jako amortyzatory. I tu kompresor był potrzebny, ale tym razem elektryczny. Dało to też pewną praktyczną korzyść, motor można postawić wprost na ramę, w sumie to silniku i nie przewróci się. Teraz tego nie widać, ale zawieszenie można regulować w dość dużym zakresie. A nawet nie sprawdzałem o ile milimetrów. No nie istotne.
- Patrzę, że do rana mógłbyś o tym nawijać i nawijać a ile to ma kucy?
- Nie mam zielonego pojęcia ale ponad tysiąc, najbliższa hamownia nie dała rady już przy dwóch tysiącach obrotów, skończyła się skala a potem rozsypała się jak maszyna do testowania samochodów w reklamie volkswagena. Wyobrażasz to sobie? Może kiedyś zabiorę go do Olsztyna albo Gdańska i tam sprawdzę, o ile ktoś odważy się na to pozwolić. Najciekawsze juz ci przekazałem a zostały jeszcze szczegóły takie jak zegary instalacja elektryczna, malowanie, błotniki no typowo customizerska robota. – Oboje spojrzeli na potwora, gdy coś w nim stuknęło. To stycznik oznajmił, że spirala przestała już grzać. Alanowi po plecach przebiegły ciarki.
- Więc odpalamy –oznajmił stwórca maszyny, teraz zobaczysz – Krzysztof uśmiechną się. Alan nieśmiało wstał widząc, że to samo robi jego kolega, zastanawiało go jak on to wszystko zachował w tajemnicy. Zawsze był tajemniczy, Nawet jak się napierdolil. Miał swój dziwny świat. Ale czasem jak zaczął coś mówić to nie można było mu przerwać. Nigdy jednak nie zdradził jakiejkolwiek tajemnicy. Może uznał, że największe wrażenie zrobi maszyna do robienia wrażenia dopiero wtedy, gdy już będzie ukończona? Zorientował się, że oboje stoją przy motocyklu.
- Zatkaj uszy – oznajmił Krzysztof – może być troszkę głośno.
            Przewód był już zwinięty. Krzysiek zbliżył kciuk do startera i w tym momencie oboje usłyszeli wielki grzmot! Jakby piorun uderzył w drzewo, pod którym stali. Hałas ucichłby zamienić się w cichsze bulgotanie. Nie było już tak strasznie, pracę potwora na obrotach biegu jałowego dało się znieść, był to całkiem przyjemny niski dźwięk. Nagle usłyszał tygrysa, który wydarł się mu do ucha! I kolejna porcja czarnego dymu. To nie był tygrys tylko dwunastocylindrowy wielki silnik. W tle zaczęły pracować wydajne automatyczne wentylatory garażu. Krzysztof uruchomił pilotem drzwi, po czym wskoczył na siedzenie motocykla. Ostrożnie przechylił go w stronę pionu i schował boczną stopkę. Alan przypomniał sobie o możliwości ustawienia motoru na silniku po obniżeniu zawieszenia, domyślił się, że obie opcje parkowania są możliwe.
            - Wskakuj! – zawołał
            - Przecież mówiłeś, że... że boisz się na tym jeździć!
            - Żartowałem! Znaczy boję się kurewsko ale już prubowałem.
No tak! Kolejny element, który miał zwiększyć emocje.
- A co mi tam! Nie zabij mnie tylko!
- Postaram się też siebie ocalić hie hie!
            Głośne uderzenie i bieg został włączony. Kierowca powoli puścił sprzęgło bez dodawania gazu i motocykl zaczął wyjeżdżać z garażu. Obrotomierz wskazywał wyjątkowo małe jak na gust Alana obroty. Było ich tylko 500 na minutę. Wyjechali z garażu, zabłysły reflektory. Prędkość była porównywalna do pieszego a Krzysztof musiał nieźle machać kierownicą by nie wywrócić motocykla. Wjechali bez pośpiechu na prostą. Wtedy Krzysztof lekko odkręcił „manetę” a w to, co się wtedy stało wystraszony pasażer nie mógł uwierzyć. Tak wielkiej siły, z jaką dotkną oparcia jeszcze nigdy nie czuł. Przyspieszenie, jakie odczuł nie było porównywalne z czymkolwiek, co znał. Tak musiał czuć się jedynie pilot wojskowego odrzutowca albo jakiegoś dragstera! Wskazówka prędkościomierza poruszała się jak nienormalna a obroty prawie się nie zwiększały! Przy 200km/h przestali przyspieszać a obrotomierz, choć oboje już go nie widzieli wskazywał niecały 1000 Obr/min a bieg ciągle nie był zmieniony. Prosta za chwilę miała się skończyć, więc zaczęli ostro hamować. Zwolnili do około 80km/h i wtedy Krzysztof włączył drugi bieg. Silnik przez chwilę pracował na obrotach biegu jałowego, po czym delikatnie przyspieszył. Rzeczywiście, dwa biegi to wystarczające dla tej maszyny. Jechali już spokojnie bez fajerwerków. Już wiadomo było, co potrafi to coś. Choć czy na pewno? Przecież gaz został odkręcony tylko w minimalnym stopniu. Osiągnęli około 200km/h a to był tylko procent jego możliwości. Zatrzymali się na niewielkim parkingu.
            - O kurwa! – zabrzmiało z ust pasażera
            - Gdzie? – zażartował Krzychu dodając – nieźle, co?
 
Zapisane

Mcmaker

  • Jawer
  • ***
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 139
  • čezet 175 86', Jawa 350/638-1 89'
Odp: Opowiadanie
« Odpowiedź #2 dnia: Maja 01, 2012, 00:17:29 »

Rób dalej bo mnie wciągnęło :P
Zapisane
    Status GG

Hubertus

  • Użytkownik techniki
  • Starszy Jawer
  • ****
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 456
  • Srdcem a rozumem
    • rumble garage
Odp: Opowiadanie
« Odpowiedź #3 dnia: Maja 01, 2012, 09:20:00 »

Dobre!
Zapisane
Jawa typ 634; 12Volt-VAPE + Velorex 562
Kawasaki GPz 750 KZ 750E
Kawasaki GPz 900 R

albiNOS

  • Jawer
  • ***
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 152
  • Kia Sorento, , Audi A4, Swift Coastline, Romet M1
Odp: Opowiadanie ciąg dalszy
« Odpowiedź #4 dnia: Maja 01, 2012, 11:14:22 »

 Tunel.
 
 
 
- Mamo! Mamo – krzyknęła Dorotka – W telewizji Ryn pokazują!
- Naprawdę? – krzątająca się w kuchni kobieta szybko podeszła do progu drzwi dużego pokoju. Wycierając ręce szarą ścierką oparła plecy o futrynę, wzrok kierując na telewizor.
- Mówią o zamku! O zobacz taki jak naprawdę! – Dorotka wskazała malutkim palcem środek monitora - Byłam tam mamusiu, byłam byłam! Pamiętasz?
- Pamiętam kochanie, nie pokazuj paluszkiem. Nie ładnie tak córuś, zrób głośniej.
-... takiego odkrycia proszę państwa, dokonanego w czasie prac remontowych... - mocno podniecony mężczyzna z mikrofonem stojący na tle zamku w Rynie, właśnie przeprowadzał wywiad z jakimś sławnym naukowcem.
- Panie profesorze. Jak wielkie jest to odkrycie nie tylko dla historyków, ale i nas wszystkich, a przede wszystkim dla mieszkańców niewielkiego Rynu?
- Otóż, trudno w tej chwili ocenić znaczenie tak niespodziewanego odkrycia, tym bardziej, że jeszcze nie wiemy, dokąd prowadzi odkryty w dniu dzisiejszym tunel i... czy tak naprawdę jest to tunel?
- A czy to możliwe, że jest to jakiś wielki schron z czasów zimnej wojny?
- Szczerze mówiąc... – profesor chwilę się zastanowił dodając - nie jest to zbyt ciepły tunel.
- Nie bardzo rozumiem, panie profesorze.
- No normalnie. Tunel jest zimny
- No dobrze, ale co to ma wspólnego z zimną wojną?
- Najprawdopodobniej nie uchroniłby przed zimną wojną jak jej sama nazwa wskazuje.
- Rozumiem, czyli wstępnie wykluczono, iż może pochodzić z lat 60-tych dwudziestego wieku?
- Do czego służył i kiedy został wykonany, tego dowiemy się po jego dokładnej penetracji, na tą chwilę nie wiele możemy o nim powiedzieć...
- Mamusiu! – Głośno krzyknęła dziewczynka, ja chcę zobaczyć go! Ja chcę! Teraz teraz teraz teraz!
- Dobrze córuniu, jak tylko tatuś wróci z pracy i zje obiadek to od razu nas tam zabierze.
- Huraaaaa! – Dorotka podbiegła do mamy i objęła ją w okolicy pasa omal nie przewracając.
Trupozgniatywacz
Olsztyn rok 2029
Przerdzewiały wrak starego poloneza stał w cieniu jakiegoś wielkiego obiektu. Lata świetności miał już dawno za sobą. Zamiast lakieru, miał tylko jego resztki, spalone oczywiście. Brak szyb i progów. Dwadzieścia lat temu nikt by nie śmiał chcieć za niego kilkaset złotych a w dzisiejszej specyficznej sytuacji społecznej, takie cudo było na wagę złota. W samochodzie siedział spalony trup człowieka, dokładniej był to szkieletor. Taki zwykły, jaki kiedyś można było wygrać na wesołym miasteczku tyle, że większy. Ów osobnik trzymał kości paliczków na resztkach kierownicy, lekko podrygując w rytm muzyki disco polo. Mimo złego wyglądu miał się całkiem nieźle. Chwilę później do auta wsiadła jego narzeczona, która także była kościotrupem. Dziewczyna-szkieletorka czule objęła chłopaka, który zaczął ją całować i rozbierać.
Nad autem przeleciał autochumanoidalny okręt powietrzny należący do byłej korporacji Ceberix. Wykonał pętle nad autem, po czym wystrzelił w ich kierunku z działka podobnego do PKM, choć na pewno nim nie było. Wrak poloneza w ułamku sekundy rozleciał się na tysiące kawałków. Trupy chyba też.
Nagle z nad olbrzymiego obiektu wyskoczył z rykiem silnika wojskowy star 266. Pozbawiony tylnej plandeki z zamontowaną wyrzutnią przeciwlotniczą, przerobioną na ogień ciągły. Z lufy działka wydostawał się przerywany ogień skierowany w okręt powietrzny. Ciężarówka jechała przez chwilę za okrętem aż do momentu, gdy trafiła w stojące na jego drodze puste kartonowe pudło od telewizora. Przeogromna siła uderzenia była tak wielka, iż wyrzuciła kilkutonowe auto wprost pod lecący nad nim okręt powietrzny. Wytrącony z równowagi pojazd Ceberixa uderzył w pobliskie słupy niedziałającej od dawna sygnalizacji świetlnej, po czym z niebywałym hukiem eksplodując spadł na ziemię.
Kilkaset metrów dalej wielka maszyna, wyglądem przypominająca przeogromny czołg, rozgniatała swoimi gąsienicami ludzkie kości. Jechała powoli przemierzając bezkresną pustynie dawnego Olsztyna. Na początku pod gąsienicami kruszyły się zwykłe ludzkie kości. Czas jednak mijał i w miarę jego upływu pojazd przemieszczał się, zaś pod obracającą się stalową taśmą pojawiały się nie tylko kości, ale i pirackie płyty, zegarki i stare kasety. Później przyszła kolej na telefony komórkowe, komputery, telewizory, drukarki, zgrzewarki do kartofli, roboty, suszarki do włosów... zaraz zaraz roboty? Coś tu jest nie tak. Do czołgu podbiegł jeden z cyborgów.
- Baranie! – krzyknął – co ty robisz? miałeś rozgniatać trupy a nie jeździć po rynku!
- Jakim rynku? – odparł mocno zdziwiony i nie mniej przestraszony cyborg operujący trupozgniatywaczem
- Nie wiesz tumanie bez szkoły, że tu handlujemy pirackimi płytami a ty mi głąbie rozjeżdżasz klientów!
Zdziwionemu cyborgowi przyszło do głowy kilka dziwnych myśli. Po pierwsze, po co roboty handlują płytami? Żaden z humanoidów nigdy, ale to przenigdy nie słuchał muzyki. Po wtaroj eee to jest po drugie, nikomu ze zgromadzonych tutaj nie są potrzebne jakiekolwiek pieniądze. Nie muszą przecież spać jeść mieszkać popisywać się i tak dalej. Serwis mieli darmowy, a każdemu przysługiwał zapasowy reaktor. Czyżby tego było za mało? Czyżby pierwsze modele, odziedziczyły cechy ich stwórców? Jeśli tak to dlaczego owe właściwości nie zanikły po kilku pokoleniach?
- Co, żeś się tak głąbie zamyślił? ty weź wycofaj, tylko lukaj trochę! – TRRRACH- No nie no następny. Zatrzymaj się! Poczekasz chwilę, ja te roboty co stoją z tyłu trochę po ogarniam to jest poprzepędzam a ty wycofasz.
Trupozgniatywacz, bo tak fachowo nazywano trupozgniatywacze, równie fachowo wycofał w bezpieczne dla wszelkich maszyn miejsce zatrzymał się zaciągając tak zwaną Renatę. Renata zwykle służyła do zrywania przyczepności tylnej osi celem wprowadzenia w poślizg całego auta. Niestety. W tym przypadku był to pojazd gąsienicowy, który z założenia nie służył do uprawiania modnego w latach 80-tych ubiegłego stulecia japońskiego driftingu.
- Jak odstawisz trupozgniatywacza, podleć do centrali będziesz im dzisiaj potrzebny. Otrzymasz dyspozycję dostarczenia Cybra Humon Eda B-1000, wyślemy go w przyszłość eee to jest w przeszłość go wyślemy, tak wyślemy go w przeszłość a ty masz go nam dzisiaj dostarczyć na dwudziestą.
- Wiem o tym i wiem też, że ludzie już kogoś wysłali.
- Co???
- No wysłali starego repa, dokładnie, jakiego to nie wiem, ale raczej B tysiączek powinien z nim bez jęknięcia się obejść, tak na pewno obejdzie się bez jęknięcia.
- Ty to jak tego to sporządź meldunek informacyjny
- Co tego?
- Eee no tego, no sporządź ten meldunek. Albo wiesz co? olej to, przywieź tylko Betyśka a ja się zajmę resztą.
 
 
 
 
Laboratorium
Wnętrze laboratorium Ceberixa, było pozbawione życia. Całkowity brak jakichkolwiek żywych istot, nawet istoty żywe, które tam żyły były całkowicie martwe a martwe istoty jeszcze bardziej nieżywe.
To, co mogło tam przetrwać to stalowo-kompozytowo-węglowo-kabelkowo-układoscalonowo-i tak, dalejowo skomplikowane chumanoidy. Maszynki skonstruowane przez imperium Ceberixa. Do jednego z pomieszczeń wszedł kierownik grupy korespondencyjnej oraz chumanoid OGR GSX1300Rt wyposażony w najszybszy mobilny procesor grafenowy  na kuli ziemskiej.
- No dobra! – zabrzmiało z membrany głosowej GSX-a – słyszałem, że potraficie wykonać B-1000
- No niby potrafimy, ale…
- ALE?!!! – Krzyknął GSX nie kryjąc oburzenia.- Ale to kiedyś znały całe okolice a swoim to nawet popatrzeć nie dawały!
- Problem….
- Problem?!!! jaki znowu problem?!!! miało być bez problemów!!! Zabraniam używania tego określenia!!!
- Chodzi o to, iż niedawno ceny cementu na rynku wyraźnie podskoczyły i musieliśmy sprowadzić ten z dawnego kraju no jak mu tam? tam, co mieszkał taki pan ubrany na biało.
- Co ty za bzdury wygadujesz?
- No taki pan… eee i białą czapkę miał.
- Mów konkretnie, z jakiego państwa!
- Tego w kształcie buta.
- Aaa chodzi ci o papieża?
- Tak, właśnie kraj z włosami, miałem to na końcu języka
- Ty durniu przecież my nie mamy języków!
- No tak, i włosów chyba też nie, zauważyłem…właśnie…yyy
- Co z tym cementem?
- Cement, noo cement jak cement, tylko troszkę, troszeczkę, troszeczuńkę, troszeczunieczkę, tro…
- Mów, o co chodzi, bo mnie zaraz krew to jest eee to, co nie krew u nas zaleje, mnie zaleje!!!
- No troszeczunieczkę gorszej jaja jako…
-Cooo?!!!- Krzykną GSX
- …oości, jakości – kończąc te słowa schował się za innego chumanoida.
- Co to kur..a ma znaczyć gorszej jakości?!!! od samego rana musieliście mnie podkur…ć?!!!
- Szef, ale…próbował wtrącić stojący najbliżej
- Co ale?!!! kto ty jesteś ja ciebie nie znam – GSX-R wyciągną laser i go przeładował, co spowodowało wypadnięcie na podłogę jednej baterii typu paluszek.
- Szefie, nie powinno się chodzić z baterią w komorze bateriowej, to grozi oddaniem strzału niekontrolowanego a każdy laser strzela sam raz do roku i…
- Zamknij pysk! powiedziałem ja cię nie znam! – GSX krzycząc wprowadził kolejną baterię do komory bateriowej, przy czym całkowicie nowa nieużywana bateria znów pojawiła się na podłodze. GSX skierował broń w stronę chumanoida i nacisną spust. Nastąpił strzał i eksplozja. Chumanoid upadł na podłogę. Zanim jednak jego resztki dotknęły posadzki, trzy czwarte jego tułowia zdążyło wyparować. Butla podtlenku azotu służąca do chłodzenia strategicznych elementów chumanoida nie miała szans uratować jakiejkolwiek części. Salę ogarnęła fala ciepła i zapach topionych kabelków. Fachowo nie były to kabelki tylko przewody. Jednak fakt pozostaje faktem, już nie nazywały się ani przewodami ani kabelkami.
- Tak to się robi matoły! – GSX na chwilę obrócił się tyłem do zgromadzonych androidów, jednak po chwili wrócił do poprzedniej pozycji celując w kierunku zebranych maszyn.
- Co to jest, was też nie znam – zaczął strzelać demolując całe laboratorium. Roboty w popłochu zaczęły uciekać za stojące w pobliżu super komputery, nie wszystkim to się udawało, ale robiły, co mogły, skakały jeden przez drugiego, przewracały się, turlały i wykonywały salta. Iście cyrkowe akrobacje. Nie minęła minuta, gdy GSX się uspokoił. W tym czasie zdążył zrobić taki bałagan, że sam się sobie troszkę zdziwił. Nie brał tego do głow...eee…procesora. Oznajmił jedynie:
- Do jutra macie wysłać w przeszłość płynny beton, w przeciwnym razie nie dostaniecie śniadań, obiadów i kolacji!
- Szefie? – nieśmiało z lekką obawą o swoje istnienie zapytał jeden z cyborgów, wysuwając kawałek głowy z za komputera, roztrzaskanego oczywiście – my nie potrzebujemy obiadów i innych takich jedzeń.
- To tym bardziej nie dostaniecie! no ruchy pedały! Szybciej szybciej! – Złomy. Za chwilę idę oglądać Modę na Sukces. 201018467 odcinek, ciekawo czy Ridż cyknie w końcu babkę kumpla kolegi matki z pierwszego małżeństwa jego siostry ciotki. Od razu mówię macie mi nie przeszkadzać, bo ubiju kak sabaku! A byłbym zapomniał, nikt ma mi nie przeszkadzać.
- Szefie? a czy nikt też ma panu nie przeszkadzać?
- Tak nikt też ma mi nie przeszkadzać.
- A jak nikt panu przeszkodzi to czy coś się stanie?
- Durniu! najważniejsze jest tylko to, aby żaden z niktów mi nie przeszkadzał
Chwilę później, po wyjściu GSX-a do pracowni, w tej chwili zdemolowanej, wprowadzono niewielką betoniarkę, wymieszano w niej cement żwir i wodę a następnie zalano wodę. Zaraz zaraz, coś chyba pomyliłem, powiedziałem dwa razy wodę? może i tak najwidoczniej cement był za gęsty. Po zalaniu formy roboty poczekały aż cement wystygnie, po czym wprowadzono do sali rumuńską czarownicę, ta po obejrzeniu przyszłego B-1000 splunęła trzy razy przez lewe ramię, dwa razy przez prawe i raz przez środkowe. Po tych czynnościach wyjęła z kieszeni butelkę z tajemniczą cieczą i spryskała nią B-1000. Betonowa forma przyjęła kolor ludzkiej skóry, z wolna otworzyła oczy i powiedziała:
            - Jeztem modello betysiąco rocznikejszon dwa tyśtyśdwatyśdwadwatyś...
            - Coś się w nim pierdoli – oznajmiła rumuńska czarownica – musi się rozchodzić
            - Jezdtttssemzem model 1000-B rocznik 202900 przyszedłem tu po to by cię zdeegzystować[1]
            - No i gra gitara – oznajmił jeden z robotów – jeszcze trochę i wszystko będziesz kumał.
            Zadowolone roboty wprowadziły 1000-B eee to jest B-1000 (dałem się mu zmylić) do starej windy przebudowanej na super ultra chipreprzestrzenno-casowy przekaźnik molekularny, nastawiły czas na określony rok, miesiąc i dzień. Godzinę 21:51 uruchomiły urządzenie, które natychmiast zaczęło buczeć i trzaskać. W ramie drzwi na ułamek sekundy pojawiło się silne światło. Gdy hałas ucichł, otworzono windę, z której wydobyły się kłęby białego dymu. Po kilku sekundach stał się on rzadszy, przez co odsłonił postać z przeszłości. Leżący pod przeciętym na pół stołem pijak zwany także lumpem, leżakiem czy jak kto woli.
Chumanoidy wiedząc, że jest im on niepotrzebny wysłały go w bliżej nieokreślony obszar czasoprzestrzeni.                                       
 
   [size=0pt][1][/size] Zdeegzystować to znaczy zdeegzystować
   
Zapisane

albiNOS

  • Jawer
  • ***
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 152
  • Kia Sorento, , Audi A4, Swift Coastline, Romet M1
Odp: Opowiadanie ciąg dalszy ciągu dalszego
« Odpowiedź #5 dnia: Maja 01, 2012, 11:17:34 »

 
Imperossberg.
Współczesność

 
            Bar „U ROMANA” nie był zbyt okazały ani efektowny. Ot kawał budy z desek i płyt. Mimo swojego niezbyt luksusowego wyglądu miał swoich stałych klientów. Jakoś funkcjonował. Wielokrotnie na zapleczu w pobliżu pojemników na śmieci, to jest w miejscu najsłabiej oświetlonym następowała drobna działalność usługowa. Nie podlegała ona opodatkowaniu.
- Kanczajetsia wremia! Dziengi nada!
            - Gdzie kurwo?! ja ci dam zara wremie, później dzięgi bedo!
            - Nie nada daliej dziełać! dawaj Dziengi, bo Sasza w ruki waźmi arurze i ubiju ciebia kak sabaku
            - Morda w kubeł dziwko! Jak się spuszczę to bedo Dzięgi, ssij i nie pierdol!
           
 
Stachu, jak co dzień, spędzał wieczór z kumplami „U ROMANA”. Tego wieczoru w barze nie spotkał zbyt wielu kumpli. Od dwudziestu lat jeździł Kamazem przewożąc trzodę chlewną. Od niedawna wszystko było wywożone do Litwy ruskich i jeszcze innych zza wschodniej granicy a co za tym idzie, lekka kontrabanda powodowała, iż zarabiał znacznie lepiej niż pół roku temu.
            - Kierowniczko! – krzyknął przepitym chrapliwym głosem, ledwo siedzący Stachu – jeszcze jedno!
            - Kierownice to ty masz w swoim kamazie! – krzyknęła zniecierpliwiona barmanka Zdzicha. Była starą panną lekko przygłuchą, czego prawdopodobną przyczyną oprócz wieku był delikatnie, bardzo delikatnie mówiąc mało atrakcyjny wygląd. Tylko ona wiedziała o tym, iż jest jeszcze dziewicą. To znaczy była nią, jeśli trzonek od miotły można nazwać jej pierwszym prawie prawdziwy chłopem.
            - Elu, nie deeedenerwuj się. Nie każda kobieta musi się, popodobać chłopom. Ty nie jesteś brzydka tylko koszmarnie paskudna i taka męska! Przy tobie wszyscy czujemy się bezpiecznie.
            Zdzicha, gdy to usłyszała (do tego, co słabo słyszała lubiła dodawać to, co sama wymyśliła) natychmiast zacisnęła zęby oraz pięści tak aż wargi przyjęły kolor skóry. Pochyliła się ostro do przodu, patrząc to na Stacha to na wiszącą nieopodal patelnie. Chwilę myślała o tym czy ma mu ostro pojechać a potem przypierdolić, czy też zmienić kolejność owych czynności. Z dziesięciu metrów mogła go nie trafić. Mocno wkurzona usłyszała silne uderzenie.
            Drzwi knajpy otworzyły się z wielkim hukiem. Do środka wszedł mężczyzna kompletnie bez ubrań. Wszyscy łącznie z wkurzoną do wszelkich granic barmanką wybuchli gromkim śmiechem. Coraz więcej osób chociażby z uwagi na ich stan psychomotoryczny zaczęło spadać na podłogę wskazując palcem na nie ubranego przybysza. Wszyscy zaczęli wytykać go palcami, nie mogli wyrobić ze śmiechu. W końcu zdezorientowany postanowił wyjść w bliżej nieokreślonym celu. Najwidoczniej się zawstydził, tak pomyśleli pękający ze śmiechu klienci. To spowodowało obniżenie emocji na kilkadziesiąt sekund, do chwili, gdy do baru po raz kolejny wpadł ten sam mężczyzna. Tym razem miał na sobie damskie majtki, za nim z krzykiem wpadła jakaś stara raszpla.
            - Kurwasyna! – krzyczała głośniej niż ćwierkacze JBL-a na 600 watowym wzmacniaczu - dawaj maju majtochu! ty skradł maju adzienie! mielitja!
            Mężczyzna odwrócił się wziął krzesło i rozwalił je na głowie dziwki, po tym złapał ją za szmaty i wyjebał takiego kopa, że panienka wyleciała z baru. Szkoda tylko, że nie trafiła  w drzwi, mało tego nie trafiła nawet w okno zresztą ścina nie była taka gruba. Do mężczyzny podbiegła barmanka z patelnią uderzając go w potylicę. Mężczyzna w ułamku setnej sekundy odwrócił głowę łapiąc ją za rękę, w której trzymała patelnię a następnie drugą ręką podniósł ją na wysokość kilkunastu centymetrów. W tym momencie oberwał po raz kolejny tym razem krzesłem, identycznym, z którego dostała prostytutka. Nie poruszyło go to w jakikolwiek sposób, puścił jedynie barmankę i złapał za gardło wandala (w jego oczach i ocenie), który po prostu zniszczył na nim krzesło. Jednym ruchem nadgarstka delikatnie skręcił mu kark.
            Facet od krzesła upadł na ziemię a dokładniej wiadomo, że na podłogę. Obcy mężczyzna zaczął iść w kierunku trzech mężczyzn stojących przy stole bilardowym. Podszedł do jednego z nich mówiąc:
            - Potrzebne mi są twoje buty, kurtka spodnie i motor, majtki już mam, więc nie będą mi potrzebne.
            - Ale jaa jaaja nie mam motocykla a moje dzwony raczej by na ciebie nie weszły.
            - A to przepraszam – powiedział i podszedł do drugiego mężczyzny ubranego w skórzane ciuchy.
            - Dawaj mi ubrania buty i motor.
            - Musisz się jego spytać – oznajmił mężczyzna wskazując na swojego kolegę – to jego Junak.
            - Dawaj mi ubrania buty i motor – ponownie rozkazał dla faceta w skórze.
            - Co kurwo nie słyszysz? już ci powiedział to nie jest jego motor a poza tym gościu nie powiedziałeś proszę.
            - Proszę
            - No teraz lepiej – facet wyją z gęby papierosa, po czym zbliżył go do skóry nieznajomego. Zawahał się, pomyślał o cenie Marlboro, wyją, więc z kieszeni drugą paczkę. Nieoficjalną. Marlboro palił tylko na pokaz. Na co dzień kopcił koziołki lub inne w podobnej cenie. Zapalił, więc jednego z tych tańszych i niemal od razu zgasił na czole nieznajomego. Ten szybkim ruchem złapał go za rękę, przekręcił a następnie rzucił nim w kierunku kuchni, przebijając ścianę. Wszedł za nim do środka gdzie zauważył jak gruba kucharka napieprza go wałkiem. Najwidoczniej lekko jej w czymś przeszkodził, może smażyła kotlety mielone. A może placki ziemnia..., k... przecież to nie jest w tej chwili najistotniejsze, ona go ostro napierdalała a ten nie mógł wstać. A może ryby smażyła? dobra trza się opanować. W każdym bądź razie kucharka na widok gołego chłopa lekko zgłupiała. Stanęła jak wryta. Rozdziawiła twarz i stanęła nieruchomo. Ubrany w skóry mężczyzna był niemal szczęśliwy, iż twardy drewniany przedmiot przestał odbijać się od jego głowy. W tej chwili był w stanie dla pseudo wybawcy zrobić wszystko, uklękną przed nim i w tym momencie przypomniał sobie, iż z więzienia wyszedł już dziesięć lat temu a kuchnia to nie zbiorowa łaźnia i już nie musi tego robić.
            - Dobra już dobra, zabieraj – szybko oddał kluczyki
            Mężczyzna wyszedł z knajpy. Ubrany w czarne skórzane buty, spodnie a na wszystkim dodatkowo w wojskową bechatkę, zabrał ją komuś, toć chyba nie kupił.
            Podszedł do junaka, okazało się, że kluczyki nie pasują. Podszedł, więc do stojącej nieopodal, cezety. Zbadał ją wzrokiem przy użyciu, którego natychmiast ocenił wiek odlewów i wytłoczeń. Stwierdził, że opony, olej, świece, tarcze sprzęgłowe i kilka innych części są dużo młodsze. Nie były to w tej chwili najistotniejsze informacje, jednak przynajmniej wiedział, że jego falowo-molekularny system oceny wieku przedmiotów działał na poziomie zadowalającym. Do cezety kluczyki również nie pasowały, znalazł, więc na ziemi gwoździa, włożył go do stacyjki. W okolicy prędkościomierza pojawiły się dwie malutkie lampki, czerwona od ładowania i żółta będąca kontrolką biegu jałowego. Ale to nie wszystko. W okolicy manetki gazu, znajdował się mały przełącznik od zapłonu, służący do gaszenia uruchomionego silnika. Należało przemieścić go ze skrajnego połażenia na środkowe, ale dopiero po kilkukrotnym naciśnięciu na dźwignię rozruchową. W okolice komory spalania oraz do skrzynki korbowej dwusuwowego silnika, musiała dostać się określona ilość mieszanki paliwowo-powietrznej. Dopiero, gdy obydwa tłoki otaczało paliwo z powietrzem można było uruchomić silnik. Pojawienie się iskry oraz wprawienie w ruch tłoków powinno teoretycznie spowodować rozruch silnika. Właśnie, teoria swoją drogą a życie i tak potrafi płatać figle. O co chodzi? Gdybyśmy rzucili kanapkę z masłem to na sto procent spadłoby masłem w stronę podłogi. Ktoś mądry jednak kiedyś zauważył, iż gdyby posmarować kanapkę masłem z dwóch stron, to mieli byśmy perpetułmobile. Kanapka musiałaby się ciągle obracać. Darmowe źródło energii? Ale to znowu teoria. Wróćmy do naszej, cezetki. Mężczyzna nacisną na kopniak, ale motocykl nie zapalił, nacisną, więc po raz drugi trzeci czwarty i nic. Zszedł z motoru i zaczął go pchać. Wcisną sprzęgło włączył dwójkę (zgasła żółta lampka), po czym wskoczył tyłkiem na siedzenie. Wał korbowy silnika zaczął się obracać, więc pchał go coraz szybciej. Minęło kilka minut szalonej gonitwy, gdy usłyszał potężny strzał. Zatrzymał się, trzymając motor za kierownicę zaczął go oglądać, to z prawej to z lewej strony, to od strony tłumików i nic. Miał już brać się za kontynuowanie reanimacji, gdy usłyszał kolejny strzał tym razem poprzedzony przeładowaniem strzelby gładkolufowej. Za pierwszym razem myślał, że to strzał z tłumika. Mylił się i to dość znacząco. Okazało się, iż z knajpy wyszedł jakiś gruby koleś( chyba szef baru) najprawdopodobniej z mossbergiem w ręku. W każdym bądź razie na pewno była to pięciostrzałowa strzelba gładkolufowa. Dwie breneki[1] powędrowały już w kierunku nieba. Gdzie wylądują trzy kolejne? O tym miał się przekonać za chwilę.
            - Ej ty, chodź tutaj – krzyknął tłusty kolo ze spluwą w ręku – nie zabierzesz motoru temu facetowi!
            - Dlaczego?
            - Mówię ci, że tak tego nie zrobisz!
            - Jak to nie zrobię! a co? ktoś mi zabroni?
            - Bo baranie nie odkręciłeś kranika!
            - Eee no dzięki, o tym drobiazgu nie pomyślałem
            - I jeszcze jedno – powiedział facet ze spluwą
            - Co takiego?
            - Dzięki za wpierdolenie tym kolesiom, od dawna robili tu straszną borutę, a i zarobić prawie chuj dawali
            - Drobiazg
            - W dowód wdzięczności przyjmij tą oto...– mężczyzna odwrócił się i wyją z dziury po latającej prostytutce KBK AK MS 7,62 mm, –...pamiątkę z wojska oraz ładownicę, razem 120 pestek
            - Eee no to żeś mnie koleś zaskoczył!
            - Weź jeszcze Imperatora, – co za idiota, przecież to Mossberg, w końcu jestem narratorem i wiem wszystko.
            - Ty narrator nie wpierdalaj się między wódkę a zakąskę – zaprotestował mężczyzna, który za chwilę miał otrzymać tak wspaniały prezent, w końcu kupić kałacha na wolumenie potrafił każdy, ale Mossberga? to graniczyło z cudem.
            - Ty narrator weź się tak kurwa nie spinaj nad rodzajem giwery? Jeden chuj Mossberg czy Imperator!
            -, Jeśli uważasz, - kontynuowałem ja, czyli narrator - że niema w nich różnicy między Mossbergiem a Imperatorem, to czekaj niech ci w trakcie czyszczenia części potasuje, wtedy się osrasz a nie złożysz. Pozwolę sobie zauważyć, iż w obydwu przypadkach długość...
            - Weź kurwa! – Krzyknął zbulwersowany szef baru - skończ pierdolić!
            - Dzięki stary za Imperossberga? Tak? Mogę tak na niego mówić?
            - Mów jak chcesz tylko nie mów, że masz go ode mnie. A i …masz tu jeszcze okulary, żeby ci komary nie wlatywały do oczu.
            - No dobra, dzięki
            - I masz tu jeszcze Ericssona 11210
            - Dobra, ale już daj mi spokój, bo muszę spełnić misję.
            Mężczyzna podszedł do motoru i odkręcił kranik. Karabinek po przeładowaniu i ustawieniu na ogień pojedynczy założył na plecy, zaś Imperossberga( jak śmiał profanować nazwę niemal kultowej strzelby) wepchną za owiewkę, ją również przeładował i odbezpieczył. Po tych czynnościach zatopił na chwilę pływak lekko przelewając gaźnik i nacisną kilkakrotnie na kopniak. Gdy włączył zapłon i powtórzył kopnięcie, silnik zaskoczył.
            - Ej! Misjonarzu! – Krzyknął grubas – uważaj na zakrętach, bo te, cezety to lubią przodem wyjeżdżać!
            Mężczyzna bez słowa zwiększył obroty silnika i ruszył w kierunku ciemnej ulicy Olsztyna.
            - Znaczy podsterowne są – cichutko powiedział barman do siebie, gdyż tamten był już za odległą mgiełką niebieskiego dymu.
 
 
 
            - Janek! Masz natychmiast posprzątać ten burdel!
            - Znowu się kurwa przyjebała! –Zdenerwowany Janek rzucił śrubokrętem, tak aż ukruszył z niego kawałek plastiku - kiego chuja chce ta głupia pizda!
            Janek grzebał przy motorze kupionym niedawno od pewnego gościa, któremu miał zapłacić drugą ratę. Przy okazji wizyty w jego garażu zajebał mu czerwono-skórzaną, cynkowską kurtkę. Owszem, była dla niego o wiele za duża, ale wiedział, że klient na pewno się znajdzie i na drugą ratę za wiechę będzie. Nieudolna próba ustawienia wolnych obrotów maszyny ze Świdnika, oraz zawracanie dupy z byle pierdołą tak mu podniosło ciśnienie, że miał ochotę rzucić całym motorem w kurczaki sąsiada a potem przykryć to dużym fiatem stojącym obok. Niestety, a może i stety, siły tyle, co KS to on nie miał. Sławny KS, mieszkaniec jednego z mazurskich PGR-ów będący jednocześnie założycielem alternatywnego wiejskiego klubu RZEPAK I PIJAKY znany z rzadkiej umiejętności zamykania na raz dwóch bortów przyczepy Kirowca, co robił z niebywałą gracją i lekkością, ponadto potrafił zagadać na śmierć. Wróćmy do wojującego z gaźnikiem Janka. Stojący obok kolega wiedział, iż dla niego lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będzie się odzywał.
            - Masz natychmiast przestać gazować! Zamykaj chlewek i bierz się do roboty bękarcie!
            - Mam na to wyjebane! Ty stara kurwo!
            - Będziesz miał wyjebane! Jak skurwysynu tydzień żreć nie dostaniesz? Bartek! Zrób coś z tym bękartem!
            Bartek również miał na to delikatnie ujmując wyjebane. Wolna sobota, mecz w telewizji, zimny browar przy fotelu brak jakichkolwiek przyczyn by ten stan rzeczy zmieniać.
            - No rusz się, ten gówniarz w ogóle mnie nie słucha!
            - Janek! Masz słuchać swojej mamy! – Krzyknął mąż swojej brzydkiej żony – wstaw Wueskie do garażu i posprzątaj swój pokuj, natychmiast!
            - Możesz mi zrobić kiełbasę! Stary drutorobie! – Krzyknął Janek dodając – Ja nie mam pokoju i to swojego! A ta szmata do podłogi nie jest moją matką.
            Janek wskoczył na motor, kiwną głową do kolegi by ten zrobił to samo, po czym z pełnym gazem ruszyli w kierunku centrum.
            - Czy to prawda kochanie, że nie jesteś jego matką?
            - Ty kurwa udajesz durnia? Wyjebało ci uszczelkę między głową a tułowiem i cały olej ci popizdował wzdłuż tułowia?
            - A to znaczy, że ja też nie jestem jego ojcem?
            - Weź mnie nie wkurwiaj! Ależ ty jesteś tępy!
            - To znaczy, że nie musimy go wychowywać?
            - Jasne, że nie! źreć dziś na pewno nie dostanie!
            Janek z kolegą jechali w stronę miejscowości Ryn. Słyszeli, że jest tam całkiem miła i romantyczna dyskoteka, chętnie wsadziliby dzisiaj komuś kosę a jeśli spotkają typa z Kętrzyna to może i do nocha coś wsadzą.
            Mijała, 21:piędziesiąt, to jest dwudziesta pierwsza:50 dobra niech będzie tak 21:50 a teraz to już 51. Pędząca wułeska była, więc lekko spóźniona. Zwykle tak kończyły się eksperymenty ze skrótami. Tylko im przyszło do głowy by wyjechać z Olsztyna trasą na Bartoszyce, tam nawrót na Biskupiec. Niestety, działające w głowie THC kazało im w Biskupcu jechać prosto na Szczytno, zamiast skręcić w lewo na Giżycko. W końcu trafili i nie martwili się zbytnio lekkim spóźnieniem właśnie, dlatego, że było ono lekkie.

   [size=0pt][1][/size] Breneka – patrz encyklopedia PWN
   
Zapisane

ProSkill

  • Gość
Odp: Opowiadanie
« Odpowiedź #6 dnia: Czerwca 28, 2012, 21:57:18 »

Dobre :)


Wręcz :) Zaje****
Zapisane