Piątek.
Trzynastego, czyli gównolit.
Rovaniemi pożegnało nas piękną słoneczną pogodą. Wiatr ustał i zapowiadał się bardzo ładny dzień. Po sprawdzeniu prognozy pogody postanowiliśmy nie zakładać przeciw deszczówek, ale pozostać grubo ubrani. To była bardzo dobra decyzja. Jechało mi się w komfortowych warunkach. Nawet monotonia krajobrazu nie była aż tak nużąca, w końcu jechaliśmy w słonecznej pogodzie, a traf chciał, że rzeczone słonko mieliśmy albo z tyłu albo z któregoś boku. Słowem sielanka.
Wybraliśmy sobie ogólnodostępną chatę, których w Finlandii jest sporo, a są one przeznaczone dla turystów i utrzymywane przez samorządy. Powoli podążaliśmy do celu, co kilkadziesiąt kilometrów robiąc sobie przerwę na tankowanie lub odpoczynek. Albo też na korektę regulacji naszych knedli.
I tak w "niemal sielskiej" atmosferze dojechaliśmy w okolice wspomnianego domku w okolicach Lisame. Niestety okazało się, że nie da się do niego podjechać motocyklami, choć na zdjęciach takowe były. Według mapy, droga, którą wybraliśmy była tą właściwą. Robert postanowił odnaleźć tę chatę, niestety poszukiwania okazały się bezowocne.
Wróciliśmy więc do drogi, na parking i Krzysiek oddał się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli dłubaniu w ustawieniach sprzęgła. My w tym czasie poszukiwaliśmy innej miejscówki na nocleg. Znalazłem około 85km dalej, pod Koupio, nad jeziorem, z wiatą na drewno. Opisana bardzo fajnie. Padła więc decyzja, że tam będziemy nocowali.
Zrobię teraz pewien przeskok w opowieści...
I pojechaliśmy. Po prawie dwu godzinach i zobaczeniu złotego renifera na skale dotarliśmy na miejsce. Wszystko się zgadzało z opisem, nawet drewno było przygotowane na ognisko. I zgadzało się również to, że to miejsce, w którym lokalna młodzież spotka się nad wodą. Znaczy to po kilkunastu minutach dopiero się potwierdziło, bo najpierw była tylko parka, która łowiła ryby. A młodzież przybyła dwoma quadami i kilkoma motocyklami crossowymi. Oni zabrali się za rąbanie drewna na mniejsze szczapy a my za szukanie innej miejscówki. Zapowiadało się bowiem, że do zmierzchu raczej nie skończą.
Znalazłem jakieś zamknięte muzeum regionalne 19km dalej. Liczyliśmy, że skoro zamknięte, to choć parking jakiś na motocykle i namioty znajdzie się. Ruszyliśmy. Dopiero wjazd na autostradę uprzytomnił mi, że to 19km, ale nie w tę stronę. Kątem oka zauważyłem na górce drewnianą starą cerkiew. Szybka decyzja, że spróbujemy tam coś znaleźć. Oczywiście moja, no bo jak zatrzymać się na autostradzie by ją omówić?
Po zjechaniu z autostrady, przejechaniu po chodniku przez przystanek, na orientację złapaliśmy kierunek na cerkiew. Nawigacja cały czas mówiła - zawróć, zawróć. Warto mieć własne zdanie. Okazało się że pod cerkiew nie da się podjechać, rano sprawdziliśmy dlaczego nie było warto. Znaleźliśmy placyk na tyłach jakiegoś zakładu. Szybkie stawianie namiotów, równie szybka kolacja i spać, wszak dochodziła północ. Przez bardzo jasne noce niebywale łatwo nam zgubić poczucie czasu. Poszliśmy spać.
Wróćmy więc do miejsca, w z którego w tej opowieści na chwilę wyskoczyliśmy, czyli w okolice pierwszej propozycji noclegu i miejscowości Lisame. Przypomnę, że zastajemy tam Krzyśka dłubiącego w ustawieniach sprzęgła.
Na wyjazdy bierzemy zapas różnych części, które mogą być potrzebne. Nie pytajcie dlaczego zabrałem komplet rozetek do wydechów do Panelki (i Velorexa), zębatkę zdawczą 17z oraz wysprzęglik, który zdemontowałem w przeddzień wyjazdu. Ja nie wiem, a wymyślać czegoś sensownego mi się nie chce. Tak czy inaczej, Krzysiek nie mogąc dojść do ładu ze swoją (starego typu), postanowił wymienić na moją, nowego typu. I to robił.
Po skończonej wymianie, by nie zatrzymywać się na poboczu co kilkaset metrów na korekty, postanowił zrobić kilka jazd próbnych. Raz było lepiej, raz gorzej. A skrzynia jęczała. W pewnym momencie wraca i ... wysprzęglik nie cofa się. Cofnęliśmy go ręcznie, jednak lata luźno. No to demontaż. Po zdjęciu okazało się, że popychacz się nie cofa. Próba wyciągnięcia kończy się niepowodzeniem. Zakleszczył się. Od czego jednak są podstawowe prawa fizyki? Mała dźwignia i ... jak on wyszedł, to Krzysiek zbladł.
Koniec jazdy!
Co dalej? Na szczęście wykupił stosowne ubezpieczenie z dużym holowaniem po Europie. Telefon w dłoń i dzwoni do PZU. Miło grzecznie, z potwierdzeniem warunków świadczenia, zamawia lawetę do Myllykoski, do serwisu Arto. Wiadomo, w tych okolicznościach silnik na stół. Pytanie tylko co zastaniemy w środku. Pani na infolinii potwierdza lokalizację i mówi, że wobec tego wysyła holownik do Holandii. Jakiej Holandii? Do Finlandii!!
W międzyczasie coś mnie tknęło i sprawdzam odległość do Radzymina. Wychodzi 1502km. Zakres maksymalny to 1600km. Krzysiek dopytuje czy można to podzielić na dwie części, gdyby serwis w Finlandii nie dał rady naprawić. Niestety nie jest to możliwe. To szybka decyzja - holowanie do Polski. A to zmienia postać rzeczy, bo holownik przyjedzie z ... Polski. Co najmniej dzień czekania, jak nie dwa.
Pozostawiamy więc Prezesa niemal w stylu Top-Gear. Samego, w środku niczego, bez znajomości lokalnego narzecza, z popsutym pojazdem i jedziemy dalej sami. Szkoda tylko, że nie mieliśmy zapasowego pojazdu. No raz taka MZ'tka by się zdała. Wyobraźcie to sobie - Prezes klubu Jawy jedzie 1500km na MZ. Wstyd jak beret. Szkoda, ale tak to już z tymi MZ jest, jak raz w ich życiu, od fabryki do zgniatarki, są potrzebne, to ich nie ma.
Krzysiek został na parkingu a my zrobiliśmy dziś 424km.
CDN... jutro ...