Piętam te czasy jak tato wiził mnie seledynowym Rometem 50-T1 przed sobą przed bakiem, trzymałem ręce na zbiorniku lub korku od baku do dzisiaj pamiętam dźwięk silnika i drgania przechodzące na zbiornik. Początkowo z górki taka prędkość była że pęd powietrza zatykał usta i ciężko było oddychać z czasem przywykłem. Pamietam zapach bezyny niebieskiej na rękach i gwiazdę pod krokiem zbiornika wyciętą z kawałka zielonej wykładziny podłogowej. To chyba wtedy zadziałała magia, zaczęła mi włączyć benzyna w żyłach i tak zostało do dzisiaj. Wyjazdy niedzielne kompać sie w rzece lub na imieniny do wójka wtedy układ był następujący: ja z przodu, tata kierowca, starsza siostra w środku i mama na tyle. Nie wiem jak ten romet to przeżył ale tak wtedy wyglądały wyjazdy rodzinne. Samochodów na wsi bylo na palcach policzyć. Z biegiem czasu tato dawał mi trzymać kierownice, jak juz sięgalem do lewarka biegów dawał mi jechać i zmieniać biegi. Potem opracowalem patent na jego odpalanie wsiadanie przy schodach, ruszanie z miejsca, zatrzymywanie i zeskakiwanie w biegu z racji ze nie siegalem do ziemi. Zajeźdzolem tego rometa chyba w 3 lata potem pomalowałem go na bordowo, i sprzedałem. Za kasę dokupulem akcesoria do mz 250/2 trophy która przywiózł mi brat żukiem z mazur. Miałem wtedy chyba 13 albo 14 lat. Przesiadka z rometa na mz 250 to było wtedy jak lot w kosmos. Eeech, piekne czasy.