Nie mam zamiaru tego wątku umieszczać w dziale mechanika czy szybka interwencja. Wczoraj zkładałem górę silnika w swojej 487.
Dziś kończyłem montaż.
Ok, silnik na swoim miejscu bo go z ramy wyjąłem, miałem problemy z podłączeniem prądnicy, bo nie wiedziałem jak kable podłączyć, ale ze schematem dałem radę. Założyłem bak, wlałem paliwo z mieszanką na docieranie. I o dziwo odpaliła za pierwszym razem, szybko założyłem łańcuch, gaźnik na dotarcie. I próbuję odpalić, a tu o tym nawet mowy nie ma. Świeca zalana. Wyczyściłem. Ok. Wkręcam świece, za 2 kopem dopaliłem. Wsiadam, naciskam na zminiaczke do biegów, klik i jedynkę już mam. Puszczam sprzęgło, a to jechać mi nie chce. O co chodzi? Pomyślałem. Obroty rosną, a motocykl ledwo jedzie. Sprzęgło się ślizga? Nie możliwe. Przecież tylko odkręciłem to coś co wciska sprzęgło, żeby łańcuch lepiej było mi zdjąć, to chyba jest ten automat. No nic, zgasiłem, i się zastanawiam, czy to się może tarcze sprzęgłowe skleiły czy co? Po godzinie odpaliłem. Sprzęgło łapało lepiej, już PRAWIE normalnie jechałem, ale jak odkręce gaz, to dalej się ślizga. Powodem jest te odkręcenie tego automatu? Czy może sklejone sprzęgło? No to pojeździłem trochę i ostawiłem moto do garażu. A teraz jak chciałem odpalić motor, to ciężko odpaliła, i zdechła, i już więcej nie mogła odpalić. Nie rozumiem tego motocykla. Raz działa dobrze, raz nie, od robinie go to mnie plecy całe bolą, tak się namordowałem, pierwszy raz zakładałem tłok. Nie mogę patrzeć nawet na cześkę. Teraz rozumiem co niektrórych, jaką mają frustrację, jak robią i nie chce działać, i nie wiadomo o co chodzi.