Mała relacja:
Wyprawa nad morze:
Uczestnicy:
Bulkan-Jakub
Mario-Mariusz
2x Jawa 350 typ 638
Czas podróży:
8dni
Dystans:
Ok. 2500km
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5714010081323089298Dwóch zaprzyjaźnionych jawerów chce zaliczyć wyprawę przez duże W. Po objaśnieniu celu, trasy i wielu % nadszedł ten dzień (do dziś nie wiadomo który). Wstajemy godzina 4:00 spotykamy się pod moim domem (blokiem), do końca nie wiadomo co się dzieje ale jesteśmy gotowi na wszystko. Dostajemy błogosławieństwo od kolegów będących pod wpływem %, dostajemy życzenia szerokiej drogi i wyruszamy na pierwsza podróż życia.
Dzień 1:
Pierwsze przeżycia, zimno, ciemno i pytanie co my robimy. W czasie pierwszych kilometrów drogę przebiega nam nam Łoś, chodź mijamy miejscowość łosie to łoś w tych stronach to rzadkość. Ruszamy do zakopanego. Okolice Pienin witamy tak:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624083919357024050Dojeżdżamy do zakopanego gdzie zdobywamy Gubałówkę po nie małym trudzie i łamaniu kilku zakazów:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084096516352018Skąd widać wielką i mała krokiew:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084016661531122Po zwiedzeniu Zakopanego przekraczamy granice Polsko- słowacka w bardzo ciekawych strojach – 100% folia, płaszcze, worki itp.:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084152096713250https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084189207346514https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084190253758018Przebieranie kosztuje nas 30min. Po widocznej krytyce innych użytkowników drogi decydujemy się na zmianę ubioru i jazdę w zwykłym ubraniu. Góry z wyprawy zapamiętamy jak zamglone i górzyste. Część trasy postanawiamy przeprowadzić przez Słowację. Ta wita nas ładną pogodą i doskonałym asfaltem. Droga mija szybko aż do jeziora Orawskiego gdzie robimy mały przestanek na nabranie sił oraz załatwienie potrzeb fizjologicznych:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084241038988034Jesteśmy w dobrych nastrojach, trasa biegnie szybko i sprawnie, jawy mkną jak przecinaki, pogoda dopisuje żyć nie umierać. Wyjeżdżamy ze Słowacji o okolicach Korbielowa przed nami procesja. Wtedy uświadamiamy sobie, że dziś boże ciało. Następny postój już w Bielsko-Białej. Zatrzymujemy się na pożywnego Kurczak burgera. Oczywiście jak to w dużych miastach doczepia się do nas pan mający jawę który pragnie 5zł na ,,paliwo,,. Pełni sił ruszamy w kierunku zachodnim bez ustalonej trasy. Dzisiejszy cel to dotarcie do Studzienna (okolice Polanicy-Zdroju), gdzie mamy zapewniony nocleg u Pawła (Pozdrowienia dla niego). Po drodze zwiedzamy Otmuchów i Głębinów gdzie robimy sweet focie:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084530541345778Po przerwie wracamy na trasę. Po chwili jawa Mariusza zaniemogła, powód? Brak paliwa. Zapinam ją za swoją i holowanie 500m na stacje. Powodem był nie zakręcony kranik i zawieszenie się zaworka iglicowego. Wyjeżdżając ze stacji zagapieni na piękną motocyklistkę omal nie wpadamy na siebie. Trasa iście z opisów Adama Mickiewicza o stepach Akermańskich, asfalt prosty aż po horyzont, dookoła tylko połacie owsa i pszenicy (nigdy nie wiem, które jest które, brak wychowania w odpowiedniej dacie) i My dwaj młodzieńcy gnający przed siebie. Rozmyślenia przerywa nam niepozorny skuterzysta włączający się do ruchu. Jak już było ich kilku mimowolnie wyprzedzamy go lecz ten ma widocznie zacięcie sportowe i pewny siebie wyprzedza nas. Próbując nas odstawić łatwo zauważamy iż nie mamy do czynienia z 50ccm. Jako, że droga dość monotonna postanawiamy ratować honor jawera i ruszamy w pogoń. Dość szybko go wyprzedzamy lecz z braku znajomości trasy długo nie możemy go odstawić na większą odległość więc zostaje nam ostatnia deska ratunku. Gaz do oporu, zasłona dymna podziałała. Uciecha jak dla 5letniego dziecka w czasach PRL który dostał zagramaniczne słodycze. Późnym popołudniem błądzimy już w Kłodzku, zjeżdżamy górki, pod które moja załadowana jawa do granic możliwości (jak się potem okazało jednak nie) nie zawsze daje rade. Jako, że noc bliska wybieramy się do Studzienna do Pawła na nocleg. Wieczorem zajeżdżamy z dostojnym stukotem czeskich twinów na jego ranczo. Paweł wita nas po królewsku jadłem i popitkiem. Tak toczą się rozmowy o maści wszelakiej. Tak mija pierwszy dzień wyprawy.
Dzień 2:
Wstajemy wcześnie rano, z planem zwiedzenia Twierdzy Kłodzkiej, niezwykłej budowli militarnej, z której to rozpościera się piękna panorama Kłodzka. Polecam zwiedzenie jej oraz miejskich podziemi. Musimy tam wrócić gdyż nie zwiedzamy niczego oprócz plątania się po starówce. Od niedawna nie ma już zwiedzania indywidualnego a na grupowe trzeba by czekać jeszcze godzinę, więc dziękujemy i ruszamy do Kudowy-Zdrój na przejście graniczne z Czechami. Chcemy aby nasze rumaki poczuły, że są w domu. Widząc znak Praga 160km trochę nas korci, żeby zmienić kierunek naszej trasy i odwiedzić miasto marzeń, niestety budżet na to nie pozwala. Poprawiamy sobie humor w sklepie przy granicy obładowując się przepysznym (i tanim) czeskim piwem. Jeszcze pamiątkowa fotka i ruszamy dalej:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084998593125746Trasa prowadzi nas przez słynną szosą stu zakrętów nr 387 z Kudowy-Zdrój do Radkowa. Trasa malownicza z dobrym asfaltem i niewielkim ruchem pozwala na całkowite rozkoszowanie się tym co Tygrysy lubią najbardziej. Jawy tak chętnie wycinają kolejne winkle, że zapominamy zwiedzić Fort Karola, trudno warto było nie przerywać jazdy:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624085272485279938W Szczelińcu Wielkim postanawiamy się posilić jest już południe a w dodatku zaczęło kropić. Zatrzymujemy się w restauracji na jajecznice i zupę czosnkową, nie były to królewskie dania, ze smakiem też nie najlepiej ale za to cena była jak na królów przystało (12 zł za jajecznice z 3 jajek dobrze, że chleb był za darmo). Po przejściu lekkich opadów i posileniu się ruszamy dalej gdyż łażenie po mokrych skałach nas odciąga a w dodatku już mija południe (zwiedzenie Szczelińca to jakieś 1,5g ze zdjęciami itp.). Obiecujemy tu wrócić oraz podskoczyć na Czechy do Skamieniałego Miasteczka i ruszamy dalej, w końcu dziś mamy być w Kani na zlocie jawerów a przed nami haczyste 500km. Wyjeżdżając z Radkowa mam dziwne przeczucie, zatrzymuje się a tu nie ma 1l oleju do mieszanki. Zdesperowany utratą cennego łupu wracam się aż do Szczelińca niestety nie znajduje oleju, mijam tylko starszego uśmiechniętego Pana na jawie mustangu, ciekawe czym się tak ucieszył. No ale nic trzeba przeboleć stratę i narzucić ostrzejsze tempo. Do GPS wklepuje najkrótszą trasę i ogień. Pogoda zaczyna się psuć tak samo jak droga. Przed nami jadą audi Q7 i BMW X6 na niemieckich blachach więc suniemy za nimi myśląc, że lepiej znają drogę, niestety ich GPS nie wiele różni się od naszego i gubimy się. Droga przypomina jakby kiedyś był tu asfalt w dodatku zaczyna lać na tyle mocno, że redukujemy do prędkości marszowej. Kilka sekund i jesteśmy przemoczeni. Wkurzony wklepuje do GPS najszybszą trasę i o dziwo się odnajdujemy. Lecimy przez jakieś miasto chyba to był Wałbrzych z którego mieliśmy niezły ubaw za sprawą głupich filmików na YouTube. Całe miasto zalane, główną drogą płynie rzeka o głębokości dochodzącej do przedniej ośki. Niby nie jest źle dopóki z naprzeciwka nie jedzie MKS toczący przed sobą tsunami. Widząc 1,5m fale wody zdążyłem tylko zacisnąć zęby i nabrać powietrza. Jawa przebiła się jak łódź podwodna, przez kilka sekund nie widziałem nic przez szybę kasku zanim masa wody nie spłynęła. Po chwili robimy postój, jawa Maria nie daje rady z wodą i przerywa na jeden gar. Stajemy i suszymy się chwile wypatrując słońca. Zbliża się wieczór, my przemoczeni a przed nami jeszcze spory kawał drogi. Skróty pochłonęły sporo czasu, teraz celem jest Legnica. Humory mamy podłe a to dopiero początek kłopotów. Kilka kilometrów przed Legnicą Marianowi odkręca się śrubka trzymająca przednią lampę, zauważając to już miał ją chwycić ale ta spadła na drogę. Zatrzymał się szybko, postawił jawę na bocznej stopce już ma iść po klosz a tu jawa zaczyna spadać na ziemię, nie zdążył jej chwycić i spadła na niego na szczęście bez ofiar w ludziach czy sprzęcie. Wygrzebał się, postawił jawę a w tym czasie jakiś puszkarz przejechał po kloszu niszcząc go doszczętnie. Po chwili dojechałem do Mariana, po streszczeniu relacji przystępujemy do prowizorycznej naprawy, po ok. 15 minutach ruszamy dalej:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624085312794242274Przed sobą mamy gwarantowaną jazdę w nocy więc lampa jest podstawą. Niby świeci a my rozglądamy się bacznie czy nie stoją gdzieś mundurowi. Po drodze zaczyna kropić i nasza ostatnia żarówka wybucha. W Legnicy zostajemy na dłużej, duże miasto to może znajdziemy jakąś lampę na złomie. Wypytujemy tubylców i mamy namiar na złom. Docieramy na miejsce niestety miły Pan nie potrafi nam pomóc ale daje kolejny namiar lecz i on zawodzi. Po drodze znajdujemy skodę 105 szkoda, że bez właściciela może by nas poratował kloszem. Zrezygnowani i po straceniu cennych godzin ruszamy dalej, w końcu przed nami prosta droga, ja ruszam pierwszy a Mario zakupiwszy żarówkę chowa się w moim cieniu, wyłączając światło przy pierwszych kroplach opadów. Droga mija bardzo wolno, prosta po horyzont a nasza prędkość oscyluje w granicach 100km/h. Zapada zmierzch. Tak mijamy Zieloną Górę, następnie budzi nas pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Strasznie ciągnie się nam droga na szczęście mijamy już Gorzów Wielkopolski. Drogi są tu dobrej jakości jednak jako niby górale nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że widzimy horyzont a ten jest od nas oddalony tylko o 3km drogi. Kierujemy się na Pyrzyce gdzie mieli na nas czekać jawerzy, niestety po telefonie do nich okazuje się, że jednemu z nich staną silnik. Przed nami jeszcze kawałek drogi więc życzymy im więcej szczęścia i mówimy aby ruszali dalej. Szczęśliwi jak diabli jesteśmy w Pyrzycach na oparach choć przed nami jeszcze 60km czyli godzina drogi. Po spotkaniu tubylców o dziwo po północy można takich znaleźć dowiadujemy się, że kilkaset metrów dalej jest czynna benzyniarnia. Tankujemy pod korek i posilamy się pożywnym parówczakiem z Orlenu, telefon do znajomych, że zaraz będziemy niech nie idą spać. Na następnym rondzie patrze w lusterko, nie ma światełka za mną, pewnie się spaliła żarówka, mimo to zatrzymuje się. Czekam dobre 5min a światełka dalej nie ma, pada decyzja aby zawrócić. Wracam się kilkanaście metrów a tam Mario już ma swoją ekipę z nocnego pit-stopu. Mówi, że zaciągnęła oleju i nie chce zapalić, choć mechanicy twierdzą, że zapchał się filtr w gaźniku i wystarczy im śrubokręt do naprawienia (do tej pory nie znaleźliśmy tego nieszczęsnego filtra w gaźniku). W pewnym momencie podjechała policja, Mario od razu zasłonił przednią lampę a ja zacząłem wypytywać o jakieś wzniesienie aby pchnąć motor. Mundurowi raczej nie byli zorientowani topograficznie ale odstraszyli choć trochę naszych mechaników. W obawie przed zdemaskowaniem rozbitej przedniej lampy Mario włączył tylni nożny napęd i pognał z mechanikami przed siebie. Mundurowi odjechali więc zażegnaliśmy jedno niebezpieczeństwo, ale została obawa przed rozkręceniem jawy przez naszych dzielnych fachowców. Złapałem nogą za wydech Mariana i uciekliśmy do bezpiecznego miejsca gdzie zapiąłem go za line i rozpoczęliśmy przepalanie oleju. Jawa załapała po przejechaniu ok. 1km. Po drodze w Stargardzie Szczecińskim przy zjeździe z drogi ekspresowej zostajemy zaskoczeni przez Panią Funkcjonariuszkę. Pyta nas skąd jedziemy, my na to, że z Gorlic, widząc jej dziwną minę mówimy iż gór (dziwi nas, że nikt nie wie gdzie są Gorlice). Dmuchamy jak nam kazała, na szczęście puszcza nas z rozbitą lampą (pozdrawiamy Panią Funkcjonariuszkę). W końcu dobra wiadomość bo zaczyna świtać. Dojeżdżamy do Chociwela i skręcamy na Kanie, nie jedziemy szybko w obawie przed dziczyzną, która chętnie przebiega nam przez drogę. Wspominamy wypadek kolegi, który miał bliskie spotkanie z sarną przez co nie mógł przyjechać na zlot na szczęście wyszedł z tego bez szwanku tak jak i sarna gorzej z jawą. Cały czas błądzimy, wszędzie puste drogi, brak oznakowań ale udaje się trafiamy do Kani. Jeździmy jak głupi po wiosce dobre 30minut, jak zawsze ktoś podpierdzielił znak informujący o zlocie. Udaje się po obudzeniu i zwiedzeniu całej wioski trafiamy do miejsca przeznaczenia. Jest godzina 4:00, po jakiś 18 godzinach dotarliśmy do celu z małymi problemami. Wita nas dwóch jawerów którzy ostali się na nogach. Pompujemy materac, Mario wypija jeszcze ze szczęścia jakimś cudem piwo, chwile gadamy i padamy jak muchy.