Nie zapomnę jednego. Dawno temu to było. Postanowiliśmy z kumplem sprzedać Cezetę 350kę dla pewnego łepka z sąsiadującego z naszą wioska miasta. Chłopakowi wyraźnie czegoś brakowało pod deklem, ale zwykle nie był groźny. Kupiliśmy cześkę tylko po to by sprzedać ją z zyskiem. Należało w niej poprawić parę drobiazgów, jakiś idiota podciął tłoki. Niby coś to miało dać. Trochę z opóźnieniem wchodziła na obroty, z 1,5 sekundy czasu trwała reakcja na manetę. Ale szła jak burza.Mniejsza o to. Przyjechał klient, ten bidny lekko upośledzony, - jeździłeś motorem?-pytamy go- tak, wuechą czwórką.-To ok, pomyśleliśmy, raczej nie zabije się. Kask orzeszek albo bella bez szybki na kaczan, już nie pamiętam który kask ale tak to w moich myślach wygląda. Kolo siada na cześkę juz odpaloną. Odkręca manetę jak w wuesce czwórce i nie spodziewając się nagłego przyrostu mocy o czym mogła świadczyć owa 1,5 sekundowa przypadłość, wyrywa jak opętany na jednym kole do przodu. A przed nim słup! Jebut. Kask w kartofle, kolanko i pół cylindra razem z karterem i całym sprzęgłem oraz wałkiem kopniako-biegów w słup. Urwany tłumik i wielki hałas. A kolo na szczupaka w ślad kasku.... w kartofle. Na koniec tekst nowego szczęśliwego właściciela którego nigdy w życiu nie zapomnę.: ,,Ale ma dojeb..nie"