Wolna Strefa Jawa - CZ
Inne => Turystyka, Spotkania, Zloty => Wątek zaczęty przez: Bulo w Lutego 28, 2012, 04:06:44
-
Mała relacja:
Wyprawa nad morze:
Uczestnicy:
Bulkan-Jakub
Mario-Mariusz
2x Jawa 350 typ 638
Czas podróży:
8dni
Dystans:
Ok. 2500km
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5714010081323089298
Dwóch zaprzyjaźnionych jawerów chce zaliczyć wyprawę przez duże W. Po objaśnieniu celu, trasy i wielu % nadszedł ten dzień (do dziś nie wiadomo który). Wstajemy godzina 4:00 spotykamy się pod moim domem (blokiem), do końca nie wiadomo co się dzieje ale jesteśmy gotowi na wszystko. Dostajemy błogosławieństwo od kolegów będących pod wpływem %, dostajemy życzenia szerokiej drogi i wyruszamy na pierwsza podróż życia.
Dzień 1:
Pierwsze przeżycia, zimno, ciemno i pytanie co my robimy. W czasie pierwszych kilometrów drogę przebiega nam nam Łoś, chodź mijamy miejscowość łosie to łoś w tych stronach to rzadkość. Ruszamy do zakopanego. Okolice Pienin witamy tak:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624083919357024050
Dojeżdżamy do zakopanego gdzie zdobywamy Gubałówkę po nie małym trudzie i łamaniu kilku zakazów:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084096516352018
Skąd widać wielką i mała krokiew:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084016661531122
Po zwiedzeniu Zakopanego przekraczamy granice Polsko- słowacka w bardzo ciekawych strojach – 100% folia, płaszcze, worki itp.:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084152096713250
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084189207346514
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084190253758018
Przebieranie kosztuje nas 30min. Po widocznej krytyce innych użytkowników drogi decydujemy się na zmianę ubioru i jazdę w zwykłym ubraniu. Góry z wyprawy zapamiętamy jak zamglone i górzyste. Część trasy postanawiamy przeprowadzić przez Słowację. Ta wita nas ładną pogodą i doskonałym asfaltem. Droga mija szybko aż do jeziora Orawskiego gdzie robimy mały przestanek na nabranie sił oraz załatwienie potrzeb fizjologicznych:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084241038988034
Jesteśmy w dobrych nastrojach, trasa biegnie szybko i sprawnie, jawy mkną jak przecinaki, pogoda dopisuje żyć nie umierać. Wyjeżdżamy ze Słowacji o okolicach Korbielowa przed nami procesja. Wtedy uświadamiamy sobie, że dziś boże ciało. Następny postój już w Bielsko-Białej. Zatrzymujemy się na pożywnego Kurczak burgera. Oczywiście jak to w dużych miastach doczepia się do nas pan mający jawę który pragnie 5zł na ,,paliwo,,. Pełni sił ruszamy w kierunku zachodnim bez ustalonej trasy. Dzisiejszy cel to dotarcie do Studzienna (okolice Polanicy-Zdroju), gdzie mamy zapewniony nocleg u Pawła (Pozdrowienia dla niego). Po drodze zwiedzamy Otmuchów i Głębinów gdzie robimy sweet focie:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084530541345778
Po przerwie wracamy na trasę. Po chwili jawa Mariusza zaniemogła, powód? Brak paliwa. Zapinam ją za swoją i holowanie 500m na stacje. Powodem był nie zakręcony kranik i zawieszenie się zaworka iglicowego. Wyjeżdżając ze stacji zagapieni na piękną motocyklistkę omal nie wpadamy na siebie. Trasa iście z opisów Adama Mickiewicza o stepach Akermańskich, asfalt prosty aż po horyzont, dookoła tylko połacie owsa i pszenicy (nigdy nie wiem, które jest które, brak wychowania w odpowiedniej dacie) i My dwaj młodzieńcy gnający przed siebie. Rozmyślenia przerywa nam niepozorny skuterzysta włączający się do ruchu. Jak już było ich kilku mimowolnie wyprzedzamy go lecz ten ma widocznie zacięcie sportowe i pewny siebie wyprzedza nas. Próbując nas odstawić łatwo zauważamy iż nie mamy do czynienia z 50ccm. Jako, że droga dość monotonna postanawiamy ratować honor jawera i ruszamy w pogoń. Dość szybko go wyprzedzamy lecz z braku znajomości trasy długo nie możemy go odstawić na większą odległość więc zostaje nam ostatnia deska ratunku. Gaz do oporu, zasłona dymna podziałała. Uciecha jak dla 5letniego dziecka w czasach PRL który dostał zagramaniczne słodycze. Późnym popołudniem błądzimy już w Kłodzku, zjeżdżamy górki, pod które moja załadowana jawa do granic możliwości (jak się potem okazało jednak nie) nie zawsze daje rade. Jako, że noc bliska wybieramy się do Studzienna do Pawła na nocleg. Wieczorem zajeżdżamy z dostojnym stukotem czeskich twinów na jego ranczo. Paweł wita nas po królewsku jadłem i popitkiem. Tak toczą się rozmowy o maści wszelakiej. Tak mija pierwszy dzień wyprawy.
Dzień 2:
Wstajemy wcześnie rano, z planem zwiedzenia Twierdzy Kłodzkiej, niezwykłej budowli militarnej, z której to rozpościera się piękna panorama Kłodzka. Polecam zwiedzenie jej oraz miejskich podziemi. Musimy tam wrócić gdyż nie zwiedzamy niczego oprócz plątania się po starówce. Od niedawna nie ma już zwiedzania indywidualnego a na grupowe trzeba by czekać jeszcze godzinę, więc dziękujemy i ruszamy do Kudowy-Zdrój na przejście graniczne z Czechami. Chcemy aby nasze rumaki poczuły, że są w domu. Widząc znak Praga 160km trochę nas korci, żeby zmienić kierunek naszej trasy i odwiedzić miasto marzeń, niestety budżet na to nie pozwala. Poprawiamy sobie humor w sklepie przy granicy obładowując się przepysznym (i tanim) czeskim piwem. Jeszcze pamiątkowa fotka i ruszamy dalej:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624084998593125746
Trasa prowadzi nas przez słynną szosą stu zakrętów nr 387 z Kudowy-Zdrój do Radkowa. Trasa malownicza z dobrym asfaltem i niewielkim ruchem pozwala na całkowite rozkoszowanie się tym co Tygrysy lubią najbardziej. Jawy tak chętnie wycinają kolejne winkle, że zapominamy zwiedzić Fort Karola, trudno warto było nie przerywać jazdy:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624085272485279938
W Szczelińcu Wielkim postanawiamy się posilić jest już południe a w dodatku zaczęło kropić. Zatrzymujemy się w restauracji na jajecznice i zupę czosnkową, nie były to królewskie dania, ze smakiem też nie najlepiej ale za to cena była jak na królów przystało (12 zł za jajecznice z 3 jajek dobrze, że chleb był za darmo). Po przejściu lekkich opadów i posileniu się ruszamy dalej gdyż łażenie po mokrych skałach nas odciąga a w dodatku już mija południe (zwiedzenie Szczelińca to jakieś 1,5g ze zdjęciami itp.). Obiecujemy tu wrócić oraz podskoczyć na Czechy do Skamieniałego Miasteczka i ruszamy dalej, w końcu dziś mamy być w Kani na zlocie jawerów a przed nami haczyste 500km. Wyjeżdżając z Radkowa mam dziwne przeczucie, zatrzymuje się a tu nie ma 1l oleju do mieszanki. Zdesperowany utratą cennego łupu wracam się aż do Szczelińca niestety nie znajduje oleju, mijam tylko starszego uśmiechniętego Pana na jawie mustangu, ciekawe czym się tak ucieszył. No ale nic trzeba przeboleć stratę i narzucić ostrzejsze tempo. Do GPS wklepuje najkrótszą trasę i ogień. Pogoda zaczyna się psuć tak samo jak droga. Przed nami jadą audi Q7 i BMW X6 na niemieckich blachach więc suniemy za nimi myśląc, że lepiej znają drogę, niestety ich GPS nie wiele różni się od naszego i gubimy się. Droga przypomina jakby kiedyś był tu asfalt w dodatku zaczyna lać na tyle mocno, że redukujemy do prędkości marszowej. Kilka sekund i jesteśmy przemoczeni. Wkurzony wklepuje do GPS najszybszą trasę i o dziwo się odnajdujemy. Lecimy przez jakieś miasto chyba to był Wałbrzych z którego mieliśmy niezły ubaw za sprawą głupich filmików na YouTube. Całe miasto zalane, główną drogą płynie rzeka o głębokości dochodzącej do przedniej ośki. Niby nie jest źle dopóki z naprzeciwka nie jedzie MKS toczący przed sobą tsunami. Widząc 1,5m fale wody zdążyłem tylko zacisnąć zęby i nabrać powietrza. Jawa przebiła się jak łódź podwodna, przez kilka sekund nie widziałem nic przez szybę kasku zanim masa wody nie spłynęła. Po chwili robimy postój, jawa Maria nie daje rady z wodą i przerywa na jeden gar. Stajemy i suszymy się chwile wypatrując słońca. Zbliża się wieczór, my przemoczeni a przed nami jeszcze spory kawał drogi. Skróty pochłonęły sporo czasu, teraz celem jest Legnica. Humory mamy podłe a to dopiero początek kłopotów. Kilka kilometrów przed Legnicą Marianowi odkręca się śrubka trzymająca przednią lampę, zauważając to już miał ją chwycić ale ta spadła na drogę. Zatrzymał się szybko, postawił jawę na bocznej stopce już ma iść po klosz a tu jawa zaczyna spadać na ziemię, nie zdążył jej chwycić i spadła na niego na szczęście bez ofiar w ludziach czy sprzęcie. Wygrzebał się, postawił jawę a w tym czasie jakiś puszkarz przejechał po kloszu niszcząc go doszczętnie. Po chwili dojechałem do Mariana, po streszczeniu relacji przystępujemy do prowizorycznej naprawy, po ok. 15 minutach ruszamy dalej:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624085312794242274
Przed sobą mamy gwarantowaną jazdę w nocy więc lampa jest podstawą. Niby świeci a my rozglądamy się bacznie czy nie stoją gdzieś mundurowi. Po drodze zaczyna kropić i nasza ostatnia żarówka wybucha. W Legnicy zostajemy na dłużej, duże miasto to może znajdziemy jakąś lampę na złomie. Wypytujemy tubylców i mamy namiar na złom. Docieramy na miejsce niestety miły Pan nie potrafi nam pomóc ale daje kolejny namiar lecz i on zawodzi. Po drodze znajdujemy skodę 105 szkoda, że bez właściciela może by nas poratował kloszem. Zrezygnowani i po straceniu cennych godzin ruszamy dalej, w końcu przed nami prosta droga, ja ruszam pierwszy a Mario zakupiwszy żarówkę chowa się w moim cieniu, wyłączając światło przy pierwszych kroplach opadów. Droga mija bardzo wolno, prosta po horyzont a nasza prędkość oscyluje w granicach 100km/h. Zapada zmierzch. Tak mijamy Zieloną Górę, następnie budzi nas pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Strasznie ciągnie się nam droga na szczęście mijamy już Gorzów Wielkopolski. Drogi są tu dobrej jakości jednak jako niby górale nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że widzimy horyzont a ten jest od nas oddalony tylko o 3km drogi. Kierujemy się na Pyrzyce gdzie mieli na nas czekać jawerzy, niestety po telefonie do nich okazuje się, że jednemu z nich staną silnik. Przed nami jeszcze kawałek drogi więc życzymy im więcej szczęścia i mówimy aby ruszali dalej. Szczęśliwi jak diabli jesteśmy w Pyrzycach na oparach choć przed nami jeszcze 60km czyli godzina drogi. Po spotkaniu tubylców o dziwo po północy można takich znaleźć dowiadujemy się, że kilkaset metrów dalej jest czynna benzyniarnia. Tankujemy pod korek i posilamy się pożywnym parówczakiem z Orlenu, telefon do znajomych, że zaraz będziemy niech nie idą spać. Na następnym rondzie patrze w lusterko, nie ma światełka za mną, pewnie się spaliła żarówka, mimo to zatrzymuje się. Czekam dobre 5min a światełka dalej nie ma, pada decyzja aby zawrócić. Wracam się kilkanaście metrów a tam Mario już ma swoją ekipę z nocnego pit-stopu. Mówi, że zaciągnęła oleju i nie chce zapalić, choć mechanicy twierdzą, że zapchał się filtr w gaźniku i wystarczy im śrubokręt do naprawienia (do tej pory nie znaleźliśmy tego nieszczęsnego filtra w gaźniku). W pewnym momencie podjechała policja, Mario od razu zasłonił przednią lampę a ja zacząłem wypytywać o jakieś wzniesienie aby pchnąć motor. Mundurowi raczej nie byli zorientowani topograficznie ale odstraszyli choć trochę naszych mechaników. W obawie przed zdemaskowaniem rozbitej przedniej lampy Mario włączył tylni nożny napęd i pognał z mechanikami przed siebie. Mundurowi odjechali więc zażegnaliśmy jedno niebezpieczeństwo, ale została obawa przed rozkręceniem jawy przez naszych dzielnych fachowców. Złapałem nogą za wydech Mariana i uciekliśmy do bezpiecznego miejsca gdzie zapiąłem go za line i rozpoczęliśmy przepalanie oleju. Jawa załapała po przejechaniu ok. 1km. Po drodze w Stargardzie Szczecińskim przy zjeździe z drogi ekspresowej zostajemy zaskoczeni przez Panią Funkcjonariuszkę. Pyta nas skąd jedziemy, my na to, że z Gorlic, widząc jej dziwną minę mówimy iż gór (dziwi nas, że nikt nie wie gdzie są Gorlice). Dmuchamy jak nam kazała, na szczęście puszcza nas z rozbitą lampą (pozdrawiamy Panią Funkcjonariuszkę). W końcu dobra wiadomość bo zaczyna świtać. Dojeżdżamy do Chociwela i skręcamy na Kanie, nie jedziemy szybko w obawie przed dziczyzną, która chętnie przebiega nam przez drogę. Wspominamy wypadek kolegi, który miał bliskie spotkanie z sarną przez co nie mógł przyjechać na zlot na szczęście wyszedł z tego bez szwanku tak jak i sarna gorzej z jawą. Cały czas błądzimy, wszędzie puste drogi, brak oznakowań ale udaje się trafiamy do Kani. Jeździmy jak głupi po wiosce dobre 30minut, jak zawsze ktoś podpierdzielił znak informujący o zlocie. Udaje się po obudzeniu i zwiedzeniu całej wioski trafiamy do miejsca przeznaczenia. Jest godzina 4:00, po jakiś 18 godzinach dotarliśmy do celu z małymi problemami. Wita nas dwóch jawerów którzy ostali się na nogach. Pompujemy materac, Mario wypija jeszcze ze szczęścia jakimś cudem piwo, chwile gadamy i padamy jak muchy.
-
Dzień 3:
Dla nas zlot dopiero się zaczyna, witamy się z dawno niewidzianymi braćmi i staramy się wytłumaczyć dlaczego się spóźniliśmy. Chłopaki nie chcą nam uwierzyć jakim cudem jadąc z południowego-wschodu na północny-zachód znajdujemy się w Czechach. Trzech z nich mówi, że także było w tej miejscowość bodajże za Warszawą ale my mamy dowód. Część zlotowiczów zostaje z ciężkimi głowami reszta rusza do Dziwnówka a jak się potem okazało do Pobierowa. Co odważniejsi brali kąpiel inni tylko podziwiali piasek i robili sweet focie. Jako, że nie pojechaliśmy nigdzie postanawiamy zrobić zakupy i przeglądnąć sprzęty. Teraz tak sobie myślę, że zamiast płynu hamulcowego mogłem kupić dętkę. Wieczorem znowu następują niecenzuralne sceny ale bawimy się świetnie.
Dzień 4:
Trudno uwierzyć, że to już 4 dzień. Jest niedziela, wstajemy jako jedni z ostatnich. Od kompanów dostajemy wsparcie duchowe i nawet pieniężne (dziękujemy właścicielowi Rudej). Odprawiamy kolegów w podróż do domu i zaczynamy się pakować. Dzisiejszy plan to dotrzeć do Kołobrzegu, niby nic ale po drodze mamy zwiedzić Świnoujście i jeszcze trafia się kurs specjalny. Jeden z kolegów został ze swoimi rzeczami i rozebranym silnikiem (nie dojechał na zlot, łożysko stanęło na środku wału). Trzeba go jakoś odwieźć do domu. Ładujemy się na moją jawe z silnikiem a Mario niepocieszony, że musi zabrać rzeczy pakuje je na swoją jawe. Ruszamy z powrotem do Pyżowic. Żegnamy się z kolegą dziękujemy za zaproszenie na obiad ale musimy ruszać, w prezencie dostajemy klosz do lampy. Droga mija nam szybko aż natrafiamy na przeprawę promową. Płynąłem już promem ale nigdy jawą, dla Mariusza jest to dziewiczy rejs:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624085568845459874
Dziwnym trafem nie musieliśmy czekać od razu wjeżdżamy i już płyniemy. Tak o to wita nas Świnoujście. Jako, że już tu byłem ruszam przodem w kierunku promenady. Parkujemy motocykle i ruszamy na plaże. Oto i jesteśmy ja, Mario i 2 jawy nad morzem. Na gębach wyskakują banany, nie możemy uwierzyć, że dojechaliśmy. Ledwo 2 dni wcześniej patrzyliśmy na krańcu Polski na jego ośnieżone szczyty w głąb gór a teraz stoimy tu i patrzymy w morze. Niesamowite uczucie, brakuje tylko piwa w ręce. Zawsze przy planowaniu takich wypraw zdaje się, że znajduje się czas na opisanie wszystkiego, zrobieniu serwisu sprzętowi itp. jednak rzeczywistość jest inna. Niby nam się nie śpieszy jednak ciągle coś nas goni, brak czasu na dobry posiłek, chwilę zapomnienia. Głupie zatrzymanie się na tankowanie i już z dnia ucieka pół godziny. Czas jest strasznym mordercą. Po napełnieniu butów piaskiem ruszamy dalej ale nie wiemy gdzie i tak lądujemy w Niemczech:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624086021091245618
Kraju tego nie zamierzamy zwiedzać więc zawracamy. Bardzo chcieliśmy zobaczyć latarnie najwyższą ponoć na wybrzeżu polskim i jedną z najwyższych w europie (ponad 60m). Błądzimy po mieście, w końcu nadchodzi czas zatankować. Pytamy tutejszych na stacji i już wiemy, że musimy się udać promem na stały ląd. Po krótkiej chwili jesteśmy pod latarnią, wstęp 3zł więc idziemy. Schodów na górę jest masa ale nie udało nam się policzyć (podobno ponad 300). Zmęczenie daje się we znaki, brak kondycji też. Chwila przerwy i ruszamy dalej jesteśmy już blisko. Widok naprawdę zapiera dech w piersiach tak samo i wysokość:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624086636387557234
Widać też fort Gerharda, zwiedzenie go odpada cena zaporowa. Nasze rumaki wyglądają marnie z tej wysokości:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624086737361876514
Słońce goni po widnokręgu a dziś musimy być w Grzybowie na nocleg. Szukając innych bunkrów i fortyfikacji (kilka udaje się nam znaleźć ale zalanych wodą) trafiamy na plaże. Jawy toną w piachu a sprzęgło momentalnie się gotuje, jedyny plus tej męczarni to fotka:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624087286819103266
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624087172723668914
Ledwo wydostajemy się z tych ruchomych piasków, plaży mamy na razie dość zwłaszcza motocyklami, tak samo jak szukania bunkrów po krzakach. Kierując się na Kołobrzeg zaczyna dziwnie zarzucać mi motocyklem FLAK!!! Ucieszony tym faktem wyciągam pompkę i tak zaczyna się nasze ściganie z powietrzem. Jak już wpadamy w rytm to powierza starcza od stacji do stacji, tam nabijanie kompresorem i gaz do dechy do następnej. Dojeżdżamy do Międzyzdrojów gdzie chcemy tylko przejść się najdłuższym w Polsce molo (długości prawie 400m). Nie ucieszyło nas to tak jak myśleliśmy więc ruszamy dalej. Tak dojeżdżamy do Grzybowa gdzie wita nas Darek i gości w swoim domu. Padnięci długim dniem rozbijamy obóz i padamy do snu.
Dzień 5:
Wstajemy skoro świt o 12 a tylko dlatego, że w namiocie jest niemiłosiernie gorąco. Kapeć jakoś nie napawa mnie chęcią ściągania wydechu itp. (jawa ze średnimi wydechami) postanawiamy zostać 2 dni. Tak ruszamy na plażę, którą to chcemy dojść do Kołobrzegu:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624088240200859090
Zabawą w piasku nie ma końca dlatego droga szybko mija. W mieście zwiedzamy rynek, kilka ładnych ceglanych budowli, parę fotek pamiątkowych ale nic szczególnego. Pożywiamy się najtańsza znalezioną pizzą i ruszamy w kierunku latarni. Promenada jest tu chyba najruchliwsza a to jeszcze sezon na dobre się nie rozpoczął. Pod latarnią wyhaczamy żółtego Wartburga co pociesza nas znacząco. Jak zawsze fotki z latarnią, które też już nam się nudzą, warto natomiast przyjrzeć się pirackim statkom w porcie. Plątamy się tak po mieście zwiedzając jego zakamarki. Zbliża się zachód słońca więc lecimy na plaże. Pierwszy zachód słońca na plaży, w końcu nigdzie nam się nie śpieszy, w końcu nic nas nie goni, wolni i szaleni. Na plaży wyglądamy dziwnie, dookoła albo emeryci albo zakochane pary a tu nas dwóch facetów robi na innych trochę dziwne wrażenie a mówią, że ludzie nad morzem jakoś bardziej otwarci itp. Oddalamy się od tego zgiełku pełnego romantyczności i ruszamy brzegiem plaży do obozu. Drogę powrotną umilamy sobie butelkami samogonu i zdjęciami na tle zachodzącego słońca. Wygłupom nie ma końca, najlepszy czas wyprawy:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624092823020508370
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624094136478179266
Jedną z zabaw było bazgrolenie po piachu, nawet jawę udało się nam nabazgrolić. Zawsze jednak znajdą się tacy co powiedzą „dlaczego to nie cezeta”, no cóż wszystkim nie dogodzisz. Idąc długo mijamy miasteczko z piasku, kilka grup młodzieży to z gitarą to z innymi potrzebnymi rzeczami, przy naszym zejściu z plaży widzimy męczącą się grupkę. Myśleli, że to dobry pomysł wjechać mercedesem jakimś SUVem w automacie na alusach odzianych w zwykłe szosowe opony na plażę. Pomogliśmy ich wypchać razem z prawdziwą terenówką, chłopaki byli z Wadowic jak zobaczyliśmy rejestrację, taką zabawą załatwili skrzynie w nowym mercedesie. Czasem zabawa kosztuje, nas bynajmniej litr samogonu. Upojeni dniem wracamy do obozu gdzie wysyłamy kilka zdjęć na forum chłopakom aby się nacieszyli naszym szczęściem.
-
Dzień 6:
Drugi dzień w Kołobrzegu nadal śpi się nam dobrze, na szczęście koło załatałem dzień wcześniej. Dziękujemy Darkowi za gościnę, wysyłamy pocztówki i opuszczamy Kołobrzeg. Cel na dziś to Hel, gdzie suniemy z popularną piosenką na ustach, która kończy się dopiero na Helu.
Mieliśmy w planach pozwiedzać i inne miejscowości, lecz jak zawsze jakiś plan musi się sypnąć. Droga jak droga prosto i nudno, co jakiś czas widać sprzęt wojskowy sprzedawany za bezcen, lub jakieś stacje radarowe.
Kilkaset kilometrów i tysiące rond później docieramy do Władysławowa skąd już tylko prosta droga na koniec Polski. Podekscytowani widokiem morza z obydwu stron mkniemy trochę za szybko jak na miasto ale droga jest dobra a zachód słońca coraz bliżej. Tak o to wygląda koniec świata (przynajmniej naszego):
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624096747334105538
Po zwiedzeniu kilku bunkrów, dość fajnych zresztą (szkoda, że nie mieliśmy dobrej latarki) rozpoczynamy szukanie noclegu. W okolicy helu ceny są zaporowe, liczą za namiot, motocykl, osobę i jeszcze jakąś opłatę klimatyczną, w głowie się nie mieści. Pada decyzja ruszamy dalej. Tak jakoś zapominamy o głodzie i zimnie aż wita nas Gdańsk. Od razu w oczy rzuca się potężna budowla. Korzystając z późnej pory lecimy do niej na przestrzał (nie ma jak motocykl):
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624097075334066754
Widoki robią na nas duże wrażenie, mamy nadzieję wrócić tam kiedyś za dnia. Od wlotu do wylotu z Gdańska mija jakaś godzina, chyba zrobiliśmy tam na obwodnicy ze 2 kółka takie mamy wrażenie albo to taka metropolia. Następnym celem jest zamek w Malborku. Zostało jakieś 50km więc grzejemy dalej. Nasz cel powoli ucieka a droga staje się za wąska. Znajdujemy pole, w którym zamierzamy przenocować. W naszych okolicach to nie problem ale tu nie ma nigdzie bujnej roślinności. Apelujemy zatem do naszych rodzimych rolników aby co jakieś 10km posadzili trochę kukurydzy albo samych chwastów tak by schował się w nie motocykl i namiot:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624109787326487474
-
Dzień 7 (pełen wrażeń):
Nie wiemy co tam rosło, nie zniszczyliśmy tego wiele, nie wyspaliśmy się a jawy ledwo wypchaliśmy z tego bagna. Pakujemy rumaki już po wypchaniu z parkingu hotelowego i ruszamy zdobyć Malbork. Nie obyło się bez błądzenia, za czasów Jagiełły nie było tu chyba tyle dróg więc mieli łatwiej. Trafiamy i co? Znowu chcą od nas naszych cennych peelenów. Stajemy więc przed zamkiem, fotka i spadamy:
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624109843900508226
Robiąc zdjęcia zauważam, że łatka puściła i powietrze znowu mnie opuszcza. Przed wyjazdem z Malborka korzystam z braku opłaty klimatycznej i zabieram tyle powietrza ile mieści się w tylnej oponie. Skracamy trasę i tniemy jak najszybciej do Torunia, duże miasto może coś się poradzi. Co jakiś czas znikam Mariowi z lusterek ale zawsze odnajduje mnie na jakiejś stacji, która mijaliśmy przy stanowisku wiecznego oddechu. Pogoda dopisuje, czasami jest nawet gorąco, lecimy jakąś boczną drogą i oglądamy mniejsze miasteczka. Cały ich urok tkwi w tym, że nie mają obwodnic i jedzie się przez sam środek miasta. Jak są korki to trudno albo omijamy albo oglądamy zabytkowe ratusze czy kościoły. Obwodnice zabierają atrakcyjność wycieczek, bo przecież najważniejszym ich punktem jest sama podróż. Dojeżdżamy do Torunia, jak się później okazuje miasto ogromne. Na któryś z kolei światłach Mario mówi, że przygasa mu jeden gar co może oznaczać tylko jedno. Ostatnimi porcjami elektronów jawa Mariana dotacza się do parkingu przed naszym ulubionym sklepem mającym zwierzątko w logo. Słońce pali niemiłosiernie, co przeszkadza nam w pracy. Diagnozę stawiamy szybko, skończyły się szczotki i urwał się przewód na wirniku. Zapalniczka, cyna i do dzieła. Zwinne duże rączki Mariusza poradziły sobie z lutowaniem ale okazuje się, że nie mamy szczotek, które kupiliśmy zaraz przed wyjazdem. Zapewne teraz leżą pod ladą w sklepie, w którym wysypał się tang bak. Korzystając z chwili wolnego posilam się w sklepie, po powrocie robota skończona, pacjent będzie żył. Jakiś gość widząc nasze zmagania podszedł i zaproponował pomoc powiedział, że nie daleko ma warsztat motocyklowy i jakaś lutownica czy coś by się znalazło, daje nam namiary i życzy powodzenia. Kapeć w tylnym kole nie wytrzymuje próby czasu, powietrze schodzi a motor na bocznej leci prosto na Jawę Mariana. Szkody nie są duże, połamane prawe lusterko i rozwalony korek od wina, który uratował bak Mariana przed dziurą po kierownicy. Siedząc i odpoczywając jakiś żul sprytnie korzysta z naszego wycieńczenia i wyżebruje 15zł. Po tym akcie bezdusznego wykorzystania ruszamy dalej. Odnajdujemy stację, na której możemy wykorzystać prezent od jawera, tankujemy pod korek i starcza jeszcze na dwa parówczaki. Nigdy nie zatankowałem 2 motorów do pełna i nie zjadłem za 16groszy bo tyle musiałem zapłacić. Niestety kilkaset metrów dalej szczotki znowu nawalają. Zatrzymujemy się pod jakimś zakładem fryzjerskim bo był tam cień. Mario nie ma ładowania a ja mam kapcia jednak dostrzegamy plusy, nie jesteśmy głodni i mamy paliwa pod korek. Dzwonimy do domu aby sprawdzili gdzie w Toruniu jest sklep z częściami do demoludów. W każdym większym mieści taki powinien być. Mam adres, klepie w GPS, dobijam powietrza i ruszam zostawiając Mariana w cieniu. To był błąd bo zapomniałem na jakiej ulicy go zostawiłem i to z obydwoma telefonami. Błądzę jak to zawsze z GPS, pytam straż miejską o sklep, tłumaczą mi drogę ale jakoś nie jasno. O dziwo Pani funkcjonariusz jest lepiej zorientowana od Pana. Podjeżdżam pod sklep udało się ale to jakiś kiosk z kołpakami i dywanikami. Pytam taksówkarza o inny sklep ale ten mówi, że raczej takiego nie ma a jak jest to już zamknięty. Na szczęście odnajduje Mariusza, leży wycieńczony upałem i naprawami na chodniku w cieniu, w dodatku nie kryje radości na mój widok. Od tamtego czasu postanawiamy się nie rozdzielać. Pada decyzja, że katujemy akumulator aż znajdziemy jakiś sklep gdzie można kupić z 5m przewodu elektrycznego i jakoś spiąć motory razem. Wszak pomysł szalony ale już nie raz jeździliśmy na milimetry razem więc jest szansa a w razie W zawsze taki kabelek może się zerwać i nie będzie szkody. Te szatańskie pomysły przerywa nam jakiś następny Pan pod wpływem. Ogląda sprzęty, pyta co się stało a nawet chce nam pomóc. Mówi, że jest z jakiegoś Klubu Suzuki, nie pamiętam już ksywki. Dzwoni do jakiegoś znajomego i mówi nam, że jakoś postarają się nam pomóc tylko musimy podjechać pod salon suzuki i tłumaczy nam drogę. Nie wiem czemu ale w Toruniu albo źle tłumaczą, albo inny dialekt, albo my jesteśmy już tak wyczerpani. Dziękujemy za informacje, a on nie chce na jedyny słuszny trunek, więc może naprawdę był motocyklistą? Ruszamy, nawet sprawnie idzie, po drodze pytamy jeszcze raz o drogę. Została ostatnia prosta, gaz do końca. Po chwili Mario znika, jednak jesteśmy blisko celu więc jadę dalej. Widzę Carefure i gdzieś tu powinien być salon Suzuki. Rundka po parkingu i wypatruję ten salon, jest ulicę dalej. Dojeżdżam na miejsce, parkuję Jawę między nowiutkimi GSX-Rami i pędzę po pomoc. Jawa naprawdę budzi zainteresowanie nawet w takich miejscach. Pytam o szczotki a gość mówi, że są tylko do jawy 6V mówię, że mogą być jakoś się to poskleja i może będzie. Przychodzi drugi gość i mówi, że pracuje u nas taki jawer może on ma. Dzwonią za nim, podobno pojechał już do domu ale żebym jeszcze sprawdził na dole czy go nie ma. Poszedłem popytałem i znalazłem to był cud. Jawer w salonie Suzuki załatwił nowe szczotki, miał odłożone dla siebie. Przy okazji pokazuje mi swoją kolekcję knedli i tak mija nam czas a Mario znowu się smaży na jakimś przestanku. Dziękuję jawerowi za pomoc, daje mi numer na zaś ja mu w zamian link do forum jawacz.pl. Mówi, że ma już wolne więc przejedzie się zemną. Po chwili znajdujemy Mariusza znowu ledwo zipie. Wymieniamy szczotki, zamieniamy jeszcze parę zdań, dziękujemy i ruszamy po kompresor a potem w trasę. Szczęśliwi, że już opuszczamy to pechowe miasto jadąc przez długi most na Wiśle w ogromnym korku moja dętka na samym początku mostu daje za wygraną. Może gdyby nie korek jechała by dalej a tak niestety męczę siebie i sprzęgło przez ten piekielnie długi most. Na wyjeździe szyba zaparowana a z brody kapie pot. Zaraz obok była stacja tam się ulokowałem i czekam na Mariusza bo on ma łatki dobrze, że szybko zauważył iż zniknąłem. Rozbieramy koło i gotujemy zupę na stacji benzynowej a podobno nie można tam używać otwartego ognia.
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624109892166870642
Ja łatam dętkę, nie wygląda tragicznie a Mario wcina nasze ostatnie zapasy. Naprawy nie przynoszą jednak skutku, pada decyzja aby zadzwonić do jawera czy nie ma może jeszcze dętki aby nas poratować. Mówi, że coś się znajdzie i będzie za 30min.
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Morze2011?authkey=Gv1sRgCO_d-_O3r9jolAE#5624109948836412562
Po przyjeździe okazuje się, że ma dla mnie całe koło kompletne do tego zapasową dętkę a na dodatek jeszcze pompkę. Chciałem go całować po nogach ale nie dał się. Pomaga nam w montażu i w mgnienia oku możemy jechać dalej. Toruń jednak nie jest takim złym miastem, jednak tego dnia bardzo upalnym. Cała sytuacja uczy nas, że nigdy nie wolno się poddawać bo zawsze znajdzie się ktoś kto ubrudzi się z wami smarem i poda pomocną dłoń. Cieszymy się chłodem i bezproblemową jazdą, zaczyna się już ściemniać. Cały dzień w Toruniu a nawet nie zwiedziliśmy miasta. To jednak nie koniec problemów. Mijając granice miasta Mario znowu znika w ciemnościach. Wracam się do niego a on mówi, że kontrolka znowu miga ale widział jakieś motocykle na ścianach w budynku może jakiś warsztat i chyba jeszcze otwarty a było już koło 22. Podjeżdżamy a tam wita nas załoga Toruńskiego Klubu No Chance. Częstują herbatką, pokazują swoje skarby oraz pomagają naprawić szczotki. Rozmową nie ma końca a trasa nagli. Gdy na zegarku dobija druga w nocy postanawiamy z żalem opuścić Klubowiczów. Dziękujemy za poczęstunek i pomoc w naprawie. Jesteśmy wycieńczeni ale jeszcze jedziemy. Mijamy Włocławek, ładne miasto nocą. Na wylocie tankujemy pod korek i jedziemy dalej póki oczy są otwarte. Po kilkunastu km jedziemy już mocnym zygzakiem rozglądając się za noclegiem. Podjeżdżamy na stacje ale Mario nie chce tam nocować więc zwiedzamy okoliczne pola suchej ziemi. Jedyny las to park miejski czy tam lasek przy dworku jakimś, nie mamy do dziś pojęcia gdzie to było. Pyrkanie po tym zakątku obudziło nas na tyle, że zrobiliśmy jeszcze parę kilometrów. Jakimś cudem znajdujemy opuszczony przestanek i mimo oporów zatrzymujemy się. Mario mówi, że nie zaśnie przy tak ruchliwej drodze na przystanku ale po ubraniu się we większość rzeczy usypiamy obydwaj dość szybko.
-
Dzień 8:
Tak mijają 3 godzinki snu, zostało już nie wiele kilometrów do Łodzi więc ruszamy czekając na wschodzące słońce. Łódź kojarzy mi się z niekończącymi się sygnalizacjami świetlnymi. Przez całe miasto było ich chyba ze 30. Po wyjeździe z Łodzi jakoś lepiej się jedzie, słońce wzeszło, temperatura wzrosła ale nie ma upału w dodatku tereny jakoś bardziej znajome. Znajdujemy jedynie słuszny sklep i posilamy się troszkę Mijamy Piotrków Trybunalski plan zahaczyć o znajomych jawerów ale jakoś nie mamy sił na nic w dodatku to porządni obywatele i o tej porze są na pewno w pracy. Droga znowu staje się coraz węższa więc zarządzamy postój, a że nic nie było po drodze zjechaliśmy na pobocze i położyliśmy się na trawie. Musiało to wyglądać komicznie albo na jakiś wypadek choć dlatego motory stały a nie leżały nie chcieliśmy, żeby nas ktoś co chwila budził czy nic nam nie jest. Ja przesypiam godzinkę a Mario katuje mój telefon i swoją dziewczynę w dodatku mówi, że się nie przespał, jego strata. Zostało jeszcze kilkanaście kilometrów do Kielc, pogoda się trochę popsuła i miejscami nawet kropi. Zatrzymujemy się na jakiejś stacji i za ostatnie pieniądze tankujemy pod korki z nadzieją, że objedziemy już tak do domu. Przed wjazdem do Kielc na stacji już nie pamiętam po co, czy znowu z głodu czy coś trzeba było poprawić lub odpocząć, tak czy siak jest budka z żarciem, ustukaliśmy jakieś grosze i obaliliśmy po zapiekance. Kielce strasznie zakorkowane, jakieś remonty i objazdy GPS co chwilę się gubi a na dodatek wyszło słońce i pali niemiłosiernie. Za Kielcami droga już leci dobrze bo ją znamy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze by się rozebrać i poszerzyć odpoczynkiem trochę drogę. Mijając Pacanów zostajemy zatrzymani przez Policję, rutynowa kontrola. Panowie zatrzymali nas bardziej z ciekawości. Rozmawiamy o knedlach, trochę dziwnie patrzą na nas jak mówimy, że jedziemy do domu jeszcze kawałeczek nam został niecałe 200km, bo przecież wracamy z nad morza. Panowie dziwią się, że takie sprzęty potrafią jeszcze pokonywać takie trasy, puszczają nas i życzą szerokiej drogi. Tarnów już trochę znam ale był jakiś objazd i wyprowadził nas w pole. Dobrze, że każda droga na południe prowadzi nas do domu. W Gromniku jesteśmy w domu. Zatrzymujemy się bo przed nami jakiś korek na prostej drodze. Ze zmęczenia nawet nie myślę, żeby stać od razu rura do przodu ilość mijanych samochodów upewnia mnie, że dobrze zrobiliśmy nie stojąc. Na początku niespodzianka, stoi radiowóz więc nieco zwalniamy. Zatrzymujemy się i czekamy, może to jakiś wypadek to by nas boczkiem puścili jednak ani oni ani my nie garniemy się do rozmowy. Po chwili się wyjaśnia to wyścig kolarski, śmigają przed nami cykliści męcząc się strasznie, jak dobrze jest mieć silnik w tych 2 kółkach. Policjant puszcza nas a my jak wściekli odkręcamy manetki robiąc mgłę. Jesteśmy już mniej jak 30kilometrów od domu więc nie oszczędzamy sprzętów i kręcimy do czerwonego pola o ile gdzieś tam by się znajdowało. Wiemy, że jak teraz coś się zepsuje to przyjedzie ktoś po nas z przyczepką. Maszyny ciągną aż miło dziwne, że nic się nie dzieje i w bardzo szybkim tempie dojeżdżamy do Gorlic. Zatrzymujemy się na osiedlu pełni dumy, tak jakbyśmy czekali aż nas powitają tłumy, niestety nie ma nigdzie czerwonego dywanu i nikt nas nie wita. Stoimy tak sami śmiejąc się do siebie, wycieńczeni, brudni, spoceni, ale zadowoleni jak diabli. Przybijamy żółwika i postanawiamy zrobić jeszcze kiedyś taką wyprawę. Jawy zostają zamknięte należy się im odpoczynek, zasłużyły nawet na pieszczoty. Jesteśmy tak wycieńczeni, że nie zabieramy nawet bagaży. Padamy do domu ale nie idziemy spać, siadamy i myślimy o tym czego dokonaliśmy. Dla jednych to nic a dla nas to zdobycie czubka świata. Bo najważniejsze to ruszyć tyłek z miejsca...
Więcej fotek w albumie, literówki i porcja zanudzania nie marudzić do nas, za dużo zapomnieliśmy a pisząc byliśmy w dobrym stanie a edycja tu to trzeba mieć 5 lat informatyki za sobą ;) także Hodně zábavy při čtení
https://picasaweb.google.com/111468137970213654555/Zimowisko2012?authkey=Gv1sRgCLGWxtb4kaOyDQ#5712847057615436354
Mario i Bulo
-
No nareszcie!!! Długo kazaliście czekać ;)
Uwielbiam takie historie, czytałem jednym tchem :D
Z autopsji wiem że uciekające powietrze z tylnego koła nie ułatwia podróży ;) , najważniejsze że się udało i wróciliście do domu w całości udowadniając po raz kolejny że można. ;D
Intryguje mnie ten sklep ze zwierzątkiem w logo.. czy to płaz czy owad? ::)
-
Piotrex, to owad;]
-
Podziwiam Was za odwagę 8)
-
No nareszcie!!! Długo kazaliście czekać ;)
A wiesz ile piwa to pochłoneło? :D
-
Wspominamy wypadek kolegi, który miał bliskie spotkanie z sarną przez co nie mógł przyjechać na zlot na szczęście wyszedł z tego bez szwanku tak jak i sarna gorzej z jawą.
To chyba o mnie :)
Fajnie się czytało Bulo :)
-
Bulo marnujesz się tutaj ;) . Super opowiadanie
-
No dobra scenariusz już jest to kiedy będzie film w kinach? :D
Zazdroszczę wyprawy :)
-
Film w tym roku jak kupimy z Mariem kamere ;)
-
Kamera to podstawa w tym roku :D Chłopak tyle się oczytał, że teraz pisze jak Mickiewicz :P
-
No to w takim razie oskar jak w mordę strzelił ;)
-
Chłpaki wyślijcie to do Breina;p Pojawi się na stronie. A może kto wie w nowych gawędach motocyklowych
Fajnie się czytało, szczególnie ze pewną część sie zna 8)
-
To jest takie o, szkoda zachodu. Trzeba zrobić coś lepszego:)
-
szacun panowie, że dojechaliście na kołach do domu mimo przeciwności
-
To mówicie że w tym roku też jedziecie xD?
-
Wszystko na to wskazuje :D
-
Wszystko na to wskazuje :D
To ja poproszę cynka, może bym tak dołączył... :)